Mógłbym przytoczyć wiele opisów przypadków, z którymi zetknąłem się osobiście podczas praktyki psychoterapeutycznej, lub które znam z opisów kolegów, a które byłyby dobrą ilustracją tego zjawiska. Przedstawie jeden, który zrobił na mnie szczególne wrażenie, tym bardziej, że dotyczył objawu o charakterze fizycznym. Do ośrodka terapeutycznego, w którym pracowałem przed laty został przyjety trzydziestokilkuletni meżczyzna z zaleceniem odbycia treningu relaksacyjnego. Jak się okazało, przez długi czas (trudny nawet do określenia) przejawiał bardzo wysoki poziom napiecia mieśniowego, z czego zupełnie nie zdawał sobie sprawy do momentu, gdy z powodu zaburzen trawienia poddany został badaniom lekarskim. W celu prześwietlenia żołądka i jelit podano mu do wypicia płyn zawierający tak zwany „kontrast”, substancje mającą na celu uczynić wyra?niejszym obraz prześwietlanego obszaru. Po odczekaniu czasu o wiele dłuższego od tego jaki jest potrzebny, by kontrast dotarł tam gdzie trzeba, pielegniarka zwróciła się do badanego i powiedziała: „Niech się pan rozlu?ni”. „Przecież jestem rozlu?niony”, odparł pacjent. „Gdyby tak było, to kontrast już dawno byłby w jelitach, tymczasem ma go pan cały czas w żołądku. Nie może przedostać się dalej, bo ma pan za bardzo napiete mieśnie, nawet tam głeboko...”, wyjaśniła pielegniarka. Słysząc to, pacjent zdenerwował sie, co spowodowało u niego jeszcze wieksze napiecie. W takiej sytuacji badanie nie mogło zostać zrealizowane i przełożono je na pó?niejszy termin. „Byłem zszokowany”, opowiadał pacjent, „i dopiero od tamtego zdarzenia zacząłem uważniej obserwować siebie. Odkryłem wówczas ile napiecia mam w całym ciele. Ale najbardziej wstrząsające było dla mnie to, że w ogóle nie wiedziałem o tym napieciu i byłem przekonany, że wszystko ze mną w porządku. Byłem napiety, a myślałem, że jestem rozlu?niony. To był dla mnie normalny, codzienny stan, byłem do niego przyzwyczajony. Na myśl o tym, że mam się rozlu?nić, zacząłem odczuwać lek... nie wiedziałem co mnie wtedy spotka. Wiem, że to bez sensu, ale bałem się konsekwencji zmiany, która przecież miała być dla mnie dobra, miała przynieść poprawe.” Tak zwany „codzienny stan świadomości”, niezależnie od tego czy dominuje w nim na przykład lek, smutek, czy radość jest integralnym elementem stanu podstawowego. Oczywiście, gdy jest w nim obecny lek, nawet jeśli nieuświadomiony, to wpływa on na percepcje, sposób myślenia i działania danej osoby. Jej uwaga automatycznie kieruje się na potencjalne zagrożenia. Myśląc o przyszłości jednostka ta przewiduje możliwe nieszcześcia lub co najmniej kłopoty, martwi się o siebie i innych. Takie nastawienie wywołuje „czujne”, „ostrożne” zachowania, pełne rezerwy i nieufności w stosunku do innych. To z kolei powoduje ich reakcje zwrotne, które „potwierdzają” obawy naszej przykładowej osoby i błedne koło w ten sposób się wzmacnia. Jeżeli natomiast pierwszoplanowym (co nie znaczy, że świadomym) składnikiem stanu podstawowego jest smutek, to trudno przeżywać radość, nawet jeśli jest wiele po temu powodów. Latwo sobie wyobrazić co się dzieje, gdy stan podstawowy zawiera przede wszystkim gniew, albo zazdrość. Zdawać by się mogło, że osoby doświadczające takich stanów za wszelką cene bedą chciały je zmienić. I najcześciej tak właśnie jest, przynajmniej na poziomie świadomym. A jednak nie mniej czestym, nieświadomym odruchem jest „krok w tył”, odruch obronny, który paradoksalnie próbuje zachować stan obecny, jakkolwiek byłby on dolegliwy. W sytuacji terapeutycznej niejednokrotnie byłem świadkiem takich reakcji pacjentów, jak na przykład: „Radość?! Boje się tego stanu i wydaje mi się czymś odpychającym. Nie lubie tego, co się wtedy ze mną dzieje – całe to poruszenie... Nie jestem do tego przyzwyczajona. Nikomu nie życze, by cierpiał tak jak ja. Ale ja to znam, wiem jak z tym żyć. Radość jest dla mnie czymś obcym...” Albo: „Poczucie własnej wartości? Kiedy zaczynam je mieć, budzi to mój niepokój... Nigdy go nie miałem... Nie wiem jak z tym żyć. To jak bym nie był ja.” Nie łudźmy się jednak. Taki „odruch obronny” nie jest jedynie wyrazem „oporu” w psychoterapii, nie pojawia się tylko i wyłącznie „w gabinecie”. Każdy człowiek go przejawia – w wiekszym czy mniejszym stopniu. I jest to zdrowy odruch, do pewnego stopnia. Pomaga bowiem zachować człowiekowi wewnetrzną równowage. Kluczowym pojeciem jest tutaj „automatyzacja”. Automatyzacja gwarantuje samoczynne (bez zastanowienia czy analizowania) powtarzanie rutynowych zachowan i reakcji, ale również schematów spostrzegania, myślenia, oceniania, interpretowania, podejmowania decyzji i innych. Każdy proces uczenia sie, wychowania czy treningu prowadzi w koncu do zautomatyzowania jakichś nowych umiejetności – motorycznych, społecznych i interpersonalnych, umysłowych itp. Umiejetność chodzenia, posługiwania się jezykiem mówionym (w tym także pisania), liczenia czy obsługi urządzen technicznych – wszystkie one wymagają procesu automatyzacji. Krótko mówiąc, automatyzacja pomaga nam przetrwać zarówno w sensie biologicznym (zaspokajanie podstawowych potrzeb), jak i psychologicznym (zapewnienie wzglednej trwałości osobowości)33 . Korzyści wynikające z automatyzacji są bezsporne. Ponieważ zdolność równoczesnego przetwarzania informacji przez świadomość jest wielce ograniczona w porównaniu z ich ilością, jaka dociera do nas w ciągu każdej sekundy34 , automatyzacja pozwala na ogromną oszczedność energii i uwagi, która może skupić się na jednym temacie czy zadaniu, podczas gdy zautomatyzowane umiejetności pozwalają w tym samym czasie wykonywać inne skomplikowane czynności. Na przykład, kiedy idziemy rozmawiając z drugą osobą, nasz umysł koncentruje się na omawianym zagadnieniu. Równocześnie jednak organizm steruje sposobem przemieszczania sie, stąpania, utrzymywania równowagi, omijania ewentualnych przeszkód, wizualnej oceny dystansu itp., itd. Posługuje się również mową, operując narządami artykulacyjnymi i formułując komunikaty zgodnie z regułami gramatyki danego jezyka. Temat, na jaki rozmawia, może wymagać korzystania z określonej wiedzy i pamieci. Latwo sobie wyobrazić co by się stało, gdybyśmy musieli świadomie kierować tymi wszystkimi czynnościami ciała i umysłu. Automatyzacja uwalnia nas od takiej konieczności. „Bez selekcji, którą kieruje zainteresowanie, nasze doświadczenie byłoby jednym wielkim chaosem”, podkreślał William James35. Wygląda na to, że owa selekcja jest wrecz wpisana w układ nerwowy. „Prawde mówiąc, filtrowanie czy też radzenie sobie z tym ogromnym nadmiarem informacji, jakim ludzkie oczy, uszy i inne organy zmysłów obciążają ośrodkowy układ nerwowy, jest jednym z głównych zadan kory mózgowej” – stwierdza neurofizjolog Monte Buchsbaum36. Selekcja, pomijanie, upraszczanie, tworzenie uogólnien i oparte na nich działanie – wszystkie te procesy przebiegają automatycznie w sposób, z którego nie zdajemy sobie sprawy. Znajduje to odzwierciedlenie również w strukturze jezyka mówionego, na co zwrócił uwage Noam Chomsky, a twórcy NLP opracowali tak zwany „meta-model jezykowy”, jako narzedzie pozwalające rozpoznać rodzaj ograniczających schematów myślenia i komunikowania się stosowane przez daną osobe37. „Ślepe plamki”, jak je określa Goleman, czyli „obszary wyłączonej uwagi i samooszukiwania sie”, które powstają w wyniku tych mechanizmów są obecne na wszystkich głównych poziomach funkcjonowania człowieka – od neurofizjologicznego, przez psychologiczny, aż do społecznego38. Zatem obraz świata, jaki pojawia się w naszych umysłach jest niczym wiecej jak konstruktem tychże umysłów. Przecietny człowiek wierzy jednak, że wiernie i adekwatnie odbiera rzeczywistość, że to co widzi, słyszy, czuje i to jak te dane interpretuje, to prawda obiektywna. Co wiecej, nie tylko jednostki, ale również poszczególne społeczności, kultury, religie, systemy filozoficzne i teorie naukowe tworzą tego rodzaju konstrukty, które „są usiane dziurami informacyjnymi, którym zaprzecza się na mocy cichej zmowy. (...) Ceną, jaką płaci za to społeczenstwo, są kolektywne złudzenia”39. Erich Fromm z kolei zwracał uwage na to, że społeczenstwo nie tylko przyczynia się do powstawania takich zbiorowych „białych plam”, ale również aktywnie tłumi i wypiera te rodzaje doświadczen i poznania, które wykraczają poza ogólnie przyjete schematy. Jednostki, które się nie podporządkowują, czesto poddawane są społecznej presji lub zostają skazane na banicje40. Historia dostarcza niezliczonych przykładów tego zjawiska, włącznie z przypadkami sufich al.-Haladża i Sohrawardiego, opisanych w pierwszej cześci tego tekstu.