Wpisy otagowane ‘przekonania’

Mapa naprawdę nie jest terytorium - refleksje okołomundialowe…

Poniedziałek, czerwiec 21st, 2010

Wsród goooooli, czerwonych kartek, karnych, niewykorzystanych sytuacji i ogłuszających dźwięków wuwuzeli można rzeczywiście uwierzyć, że mieszkamy na Planecie Kibiców.  Socjo-, psycho-, antropo i inni -logowie wyjasniają Świat przez pryzmat PIŁKI. Nożnej oczywiście. Także numer Tygodnika Powszechnego z 13 czerwca został wydany pod hasłem przewodnim: Futbol wyjaśnia świat.

W nieco gorzkim artykule, pióra Marca Engelhardta, pod tytułem RPA: cudów nie będzie, przybliżającym ogląd Mundialu z perspektywy co biedniejszych obywateli kraju, znajdujemy też wypowiedź jedynego białoskórego (używam tego słowa celowo) piłkarza kadry narodowej RPA. Szerszy kontekst jest taki, że:

w ponad 48-milionowym kraju jest aż 1,8 miliona zarejestrowanych piłkarzy. A ściślej: tylu jest zapisanych do najróżniejszych drużyn i klubów. Bo w rzeczywistości nie ma chyba nikogo, kto nie pokopałby sobie piłki choćby od czasu do czasu – albo przynajmniej nie pokibicowałby, niechby i przed telewizorem.

Piłka nożna to w RPA coś więcej niż gra: to ludowy festyn.

– Kiedy wszyscy naraz zatrąbimy, faktycznie można ogłuchnąć – Bobby, kibic z Johannesburga, prezentuje swoją wuwuzelę. Ten powszechny na tutejszych stadionach instrument – plastikowa, zwykle kolorowa trąbka – wydaje w istocie piekielne dźwięki. Zaś na dźwięk setek, tysięcy wuwuzeli nakłada się jeszcze specyficzne kibicowanie: w RPA fani futbolu mają własny słownik. Np. okrzykiem „mszekeszeke” fetowany jest gracz, który dobrze podaje. Po golu cały stadion wrzeszczy: „laduuuuma”. A Matthew Booth, reprezentacyjny obrońca, jest po prostu „phashasha” – fantastyczny.

Jak się okazuje pan Matthew Booth jest kimś więcej niż “dobrze kopiącym piłkę facetem”:

(…) dla wielu Booth to nadzieja – symbol pojednania białych i czarnych kibiców. Gdy gra drużyna narodowa, najczęściej jest on jedynym „Bafana” o białym kolorze skóry. W RPA, jeszcze niedawno kraju apartheidu, piłka nożna była sportem czarnych. Booth nigdy się tym nie przejmował – i dlatego dziś jest szanowany.

I tu trafiamy na wypowiedź rzeczonego symbolu, która zainspirowała mnie do wpisu. Ale zanim ją zacytuję proszę abyś szanowny czytelniku pomyślał co dla ciebie znaczy słowo kolorowy. Kolorowy piłkarz, nauczyciel, policjant, muzyk - człowiek oczywiście, bo nie o kolorowe ptaki w rodzaju kraski czy zimorodka mi chodzi. Masz już obraz owego “kolorowego”?
No to teraz cytat z pana Booth’a:

„Nasza liga to dobra mieszanka złożona z białych, czarnych i kolorowych. Nikt nie powinien zachowywać się tak, jakby moja osoba była czymś niezwykłym” – mówił Booth (pod pojęciem „kolorowi” rozumiejąc wszystkich poza białymi i czarnymi, np. Azjatów).

No właśnie: mapa nie jest terytorium, w końcu biały i czarny to nie kolory - a przynajmniej w żadnej tęczy ich nie widziano…

Niemożliwe nie istnieje?

Poniedziałek, maj 10th, 2010

Dzisiejszy tytuł wpisu oddaje to o czym chcę dziś napisać. Jednak zacznę od początku. Spójrz proszę na poniższy obrazek.

esref-armagan-niewidomy-artysta-obraz

Obraz został namalowany prawie 20 lat temu przez NIEWIDOMEGO OD URODZENIA artystę tureckiego - Eşref Armağan. Ten i wiele innych obrazów jakie tworzy Esref Armagan wskazują na o wiele większe możliwości ludzkiego mózgu niż sie to powszechnie uważa. Zastanówmy się chwilę jak to możliwe, że osoba która nie widziała kolorów, kształtów, persepktywy może je jednak  odwzorować w sposób, który jest oczywisty dla osób widzących. Oczywiście, nie przez pryzmat procesów neurofizjologicznych w pracy mózgu. Te również są badane i jest to temat na osobny wpis. Będziemy mogli się przyjrzeć - a może należałoby powiedzieć  dotknąć, towarzyszących jego twórczości założeń, przekonań i strategii działania. Warto tutaj przypomnieć, iż jest to wynik pracy osoby, która od urodzenia jest ślepa. Pamiętajmy zatem, jakie temu towarzyszą przekonania o swoich możliwościach i umiejętnościach. Szczególnie związanych z takim rodzajem aktywności jak malowanie i rysowanie.

Pierwsze co nasunęło mi sie na myśl, gdy dowiedziałem się o tym co robi Armagan, to skojarzenie, ze znanym mechanizmem działania ludzkiego mózgu - synestezja zmysłowa. Zjawiska synestezji doświadczamy wtedy, gdy odbierane bodźce charakterystyczne dla jednego zmysłu np. wzroku wywołują reakcje związane z innym zmysłem np. dźwiękiem lub odczuciem. Może to być również połączenie doświadczeń w ramach jednego zmysłu np. percepcji wzrokowej. Osoby widzące ciąg cyfr i doświadczające synestezji opisują je również za pomocą kolorów. Z kolei wśród muzyków znany jest termin “barwne słyszenie”, czyli widzenie kolorów podczas słuchania dźwięków lub odwrotnie. W takim razie być może mamy tutaj do czynienia właśnie z takim połączeniem dwóch rodzajów percepcji zmysłowej. Wykorzystanie dotyku w celu stworzenia w myślach wyobrażenia tego co “widzi za pomocą dłoni” a co normalnie jest odbierane za pomocą wzroku. Mówią NLP-owsko następuje połączenie dwóch reprezentacji zmysłowych wzrokowej i dotykowej (kinestetycznej). Gdzie dotyk stanowi źródło informacji dla przestrzennego ‘wyobrażenia’ sobie poznawanego obiektu.

Zapoznając się bliżej ze strategią w jaki sposób artysta maluje, znajdziemy potwierdzenie, że mamy tu do czynienia z  taką właśnie  elastycznością mózgu. Strategia i sposób tworzenia rysunku została świetnie pokazana w reklamie firmy Volvo, która zaprosiła do siebie tureckiego artystę. Poproszono go, aby narysował nowy model auta tego producenta. Został mu  również  poświęcony program na kanale Discovery, gdzie jest pokazany inny przykład tego jak powstaje rysunek Armagan’a.

W tym krótkim bo niespełna 5 minutowym spocie reklamowym można zobaczyć kluczowe kroki strategii rysowania  Esrefa Armagan’a. Nawiązując do wpisu Benka nt. jak można używać NLP do analizy filmu, podobnie tutaj możemy zobaczyć kroki EFEKTYWNEJ strategii działania. Sposoby poradzenia sobie z ograniczeniami jakie spotkał ‘niewidomy artysta’. Wystarczy wymienić tylko kilka takich NIEMOŻLIWYCH ograniczeń:

  • jak rozróżniać kolory na obrazie?
  • jak zapamiętać i rozpoznawać kontury elementów obrazu?
  • jak nie mieszać różnych kolorów ze sobą?
  • jak malować pędzlem nie widząc koloru?

Przekonania: Ok 2:00 minuta filmu. “Nie chciałem zostać artystą. Chciałem  nauczyć się (zdobyć wiedzę) o otaczającym mnie świecie.”

Krok 1: Od 2:15 minuty - widzimy jak artysta poznaje obiekt malowania za pomocą dotyku. Towarzyszy temu tworzenie wewnętrznego wyobrażenia poznawanego obiektu. Przejście od zmysłu dotyku do wewnętrznego wyobrażenia.

Krok 2: Od 2:30 do 3:00 minuty - rysowanie z pomocą palców i dotyku UMOŻLIWIA kontrolę położenia końcówki ołówka. Ręce i palce ręki służą tutaj jako swego rodzaju narzędzie zmysłu kontrolujące ołówek, którym rysuje. [zamknięcie pętli zwrotnej - dotyk dostarcza informacji zamiast oczu].

Przekonanie: “Odczuwanie/odbieranie świata za pomocą dotyku … … kompletnie zlikwidowało moją ślepotę. To TAK, JAKBYM widział świat jak inni.” - Przeformułowanie postrzegania swojej ‘ślepoty’.

Krok 3:  Od 3:15 - etap malowania. Używa szpachli to narysowania konturów (dotyk). Ułatwia to potem wypełnianie kolorami obrazu.

Krok 4: Od 3:40 - Maluje palcami a nie pędzlem. Pędzel UNIEMOŻLIWIA czucie koloru. Każdy kolor nakłada osobno i suszy suszarką. Dzięki temu kolory się nie rozmazują i nie mieszają.

Oczywiście jest to bardzo skrócony opis strategii rysowania. Nie uwzględnia wielu równie istotnych informacji np. czasu jaki spędza nad rysunkiem, ilości powtórzeń, itd. Z innych opisów wiadomo, że do pracy potrzebuje pełnej ciszy. Jednak już ten powyższy krótki opis i spojrzenie na rezultat pokazuje jak efektywnie można korzystać ze zmysłu dotyku, aby odtworzyć to co widać.

Wskazuje również, że właśnie dobre i wspierające przekonania są bramą do szukania nowych efektywniejszych sposobów działania w sytuacjach zdałoby sie myśleć ‘niemożliwych do rozwiązania’ .

Niemożliwe nie istnieje? Patrząc na  Esref Armagan z całą pewnością można odpowiedzieć, że TAK.

Powyższy obraz pochodzi ze strony artysty - www.armagan.com - gdzie można znaleźć ich więcej oraz informacje o nim.

Czy warto szukać sensu życia…?

Wtorek, maj 4th, 2010

Czy “sens życia” jest czymś co istnieje? Czy da się odnaleźć? Gdzie go szukać? Skąd brać siłę do szukania? Co zrobić gdy sensu nie znajduję? Co zrobić gdy zamiast “sensu” napotykamy różne “sęsy”…?

To pytania, które zdarza  mi się słyszeć od klientów na psychoterapii. I to klientów w różnym wieku, nie tylko  tych nastoletnich.

A gdyby tak odwrócić perspektywę. Skoro doświadczamy  rzeczywistości dzięki naszym zmysłom, skoro owe zmysły same w sobie są filtrem, który powoduje, że uzyskany obraz rzeczywistości jest uporządkowany i przez to okrojony z części swej złożoności, skoro dodatkowo nasz obraz rzeczywistości niczym światło na pryzmacie podlega rozszczepieniu i zniekształceniu przechodząc przez filtr naszych przekonań, doświadczeń, wartości, skoro nasz nastrój, poziom hormonów, stan skupienia uwagi wpływa na percepcję rzeczywistości, to czy szukanie sensu ma sens? Albo mówiąc językiem nlpowskim co nam to daje? Jakie są pozytywy a jakie ograniczenia szukania sensu?

Odwracając perspektywę  chciałbym odwołać się do przeformułowań i do szczególnego rodzaju przeformułowania jakim jest zamiana porażki w informację zwrotną. Przyglądając się “szukaniu sensu życia”  z perspektywy konstruktywistycznej możemy przyjąć założenie, że skoro nie mamy bezpośredniego dostępu do rzeczywistości, a jedynie konstruujemy jej obraz w naszym umyśle, za pośrednictwem zmysłów, procesów fizjologicznych i czynności psychicznych (co nie zaprzecza istnieniu owej rzeczywistości obiektywnej, acz niepoznawalnej bezpośrednio, tzn. w inny niż za pomocą zmysłów sposób) to i sensu życia nie “znajdujemy” a raczej konstruujemy go w naszym umyśle. Zatem z perspektywy konstruktywizmu jedyne co nam pozostaje to nadawać sens. Szukamy zatem nie tyle sensu samego w sobie ile raczej szukamy wspierających dla nas możliwości nadawania sensu temu czego doświadczyliśmy.

“Uważaj co do siebie mówisz, bo przypadkiem możesz się słuchać.” Może zatem warto czasem zastanowić się zanim powiemy: “to bez sensu”… A co by się zmieniło gdyby powiedzieć sobie coś w tylu: “Nie widzę w tym żadnego sensu i tym bardziej potrzebuję czasu, żeby zastanowić się, co to dla mnie może znaczyć.”

Zachęcam czytelników do poszukania jakie nowe możliwości daje nam to abstrakcyjne na pierwszy rzut oka przeformułowanie: zamiast szukać sensu, spróbuj nadać sens?

“STEREO-TYPY” DLA PRACUJĄCYCH KOBIET

Niedziela, kwiecień 25th, 2010

W trakcie swobodnej rozmowy z kolegą z pracy usłyszałam kilka dni temu, że w czasie studiów spotykał się niekiedy z opiniami w stylu: „Ty tego nie zrozumiesz, bo nie jesteś kobietą!”, na co odpowiadał ze zdziwieniem: „A cóż to za argument?”
No właśnie! Czy to rzeczowy argument, czy ograniczające przekonanie?
Wczoraj, z kolei, dowiedziałam się z relacji w TV, że „kobiety w USA są coraz lepiej wykształcone, a mimo to wciąż ich zarobki stanowią równowartość ok. 80% zarobków mężczyzn na tych samych stanowiskach i z podobnymi kwalifikacjami i wykształceniem.”
Przypomniałam też sobie, że chyba niezupełnie przypadkowo (kolejne przekonanie?) zostałam jakiś czas temu poproszona o odpowiedź na pytanie: „Czy kobietom jest trudniej w świecie biznesu?”
Jak odpowiedzieć rzeczowo? Unikając posądzenia o wyznawanie poglądów feministycznych, lub patriarchalnych, albo – jeszcze „lepiej” seksistowskich…

To, że przekonania wpływają na nasze życie, wybory, preferencje jest ogólnie znane i nie ma co z tym dyskutować. Jednak trudniej się robi – i co tu dużo mówić – bardziej nerwowo, kiedy mamy świadomość, że niektóre przekonania, czy stereotypy będą wpływać na to czy dostaniemy pracę, czy też nie, a powodem tego będzie… nasza płeć, rola matki, czy stan cywilny. W końcu nie dostajemy zniżek na płatnych studiach, czy szkoleniach podnoszących nasze kwalifikacje z tego tylko względu, że jako kobiety mamy mniejsze szanse na zatrudnienie, gdzie wykorzystamy zdobyte – nawet na „piątkę” – umiejętności i wiedzę.

Zanim więc pozwolimy, by przekonania – właściwe dla prezentowanej płci i stanowiska – zapanowały nad naszymi umysłami, możemy spojrzeć Z TRZECH POZYCJI PERCEPCJI, na wyniki badań przeprowadzonych w ramach projektu „Mama w pracy – społeczne uwarunkowania powrotu kobiet na rynek pracy po przerwie związanej z wychowywaniem dzieci”, zrealizowanych przez firmę HRP i socjologów Uniwersytetu Łódzkiego.

Perspektywa własna – PIERWSZA POZYCJA:

Ogólnie mówiąc, praca zawodowa ma istotne znaczenie w życiu kobiet z powodów: ekonomicznych, społecznych i psychologicznych.

Wymiar ekonomiczny

- praca zawodowa jest źródłem utrzymania i podstawą niezależności materialnej, co daje np. poczucie bezpieczeństwa i pozytywne nastawienie do przyszłości;
- pieniądze zarabiane przez kobiety są niezbędnym i istotnym wkładem w utrzymanie rodziny.

Wymiar społeczny

- praca zawodowa i związana z nią aktywność mają pozytywny wpływ na zachowanie tak zwanego komfortu psychicznego i równowagi emocjonalnej;
- dla niektórych uczestniczek badania to forma odpoczynku i możliwości oderwania się od obowiązków domowych czy rodzinnych problemów;
- kobiety pracujące przyznają, że dzięki pracy zawodowej lepiej organizują swój czas, ucząc się łączyć obowiązki rodzinne z zawodowymi, a ponadto czują się bardziej doceniane przez otoczenie i partnerów życiowych;
- kobiety zwracają też uwagę na to, że sytuacja, gdy oboje partnerzy są aktywni zawodowo, sprzyja podziałowi obowiązków domowych.
- ponadto część badanych uważa, że praca zawodowa bardzo motywuje do codziennego dbania o siebie, co dodatkowo wpływa na poczucie społecznej akceptacji.

Wymiar psychologiczny

- praca zawodowa ma pozytywny wpływ na samopoczucie;
- zapewnia m.in. możliwość rozwoju osobistego, awansu zawodowego, odczuwanie przyjemności z pracy czy naukę nowych umiejętności;
- umożliwia sprawdzenie się w nowych rolach, wykazywania się wiedzą i umiejętnościami, których nie wykorzystują w domu i podczas opieki nad dzieckiem;
- praca poza domem pomaga w zachowaniu dystansu do siebie i drobnych zdarzeń, oraz rozwoju intelektualnego;
- jest nie tylko źródłem nowej wiedzy, ale, jak się okazuje, źródłem osobistej satysfakcji.

Perspektywa pracodawcy - POZYCJA DRUGA:

Pracodawcy i specjaliści ds. rekrutacji, eksperci rynku pracy wymieniali różne pozytywne, jak również negatywne cechy kobiet jako pracowników oraz zalety i wady pracownic, które są matkami.

Zalety pracownic matek

- większa odpowiedzialność za wykonywaną pracę, sumienność i lojalność wobec firmy; matkom zależy, by utrzymać rodzinę, dlatego najważniejsza jest dla nich stabilność i pewność zatrudnienia oraz stały dochód;
- szanują i dbają o swoje miejsce pracy, aby udowodnić pracodawcy, że macierzyństwo nie jest przeszkodą w wykonywaniu obowiązków zawodowych;
- potrafią być bardzo pomysłowe i twórczo rozwiązywać problemy;
- staranniej rozplanowują pracę, by nie zostawać po godzinach, wyjść punktualnie, by odebrać dziecko ze żłobka lub przedszkola.
- pojawiają się też opinie, że pracujące matki lepiej radzą sobie ze stresem, w trudnych sytuacjach wykazują się opanowaniem, są spokojne i cierpliwe;
- nabierają dystansu do spraw zawodowych, co jest związane z umiejętnością łączenia wielu obowiązków, a także oddzielania od siebie życia rodzinnego i zawodowego;
- pracujące matki są bardziej wyrozumiałe i skłonne do empatii oraz lepiej radzą sobie na stanowiskach kierowniczych.

Mankamenty kobiet matek

- sprawy zawodowe przestają być dla nich priorytetem, bo najważniejsze jest dobro dziecka i rodziny. To zdaniem pracodawców może prowadzić do gorszego wykonywania przez nie obowiązków zawodowych, mniejszego zaangażowania w pracę i częstej absencji.

Perspektywa obserwatora i wyniki badania - POZYCJA TRZECIA:

Wyniki badań pokazują, że praca zawodowa odgrywa bardzo ważną rolę w życiu badanych kobiet. Niewiele z nich jest w stanie wyobrazić sobie życie bez aktywności zawodowej, nawet gdy zawiesiły ją na dłuższy czas na rzecz opieki nad dziećmi. Obok oczywistego znaczenia aspektu finansowego i materialnego, istotny jest kontakt z innymi ludźmi, nawiązywanie znajomości oraz rozwój osobisty, komfort psychiczny, lepsze samopoczucie, wyższa samoocena, pewność siebie.
Jak się okazuje, pracodawcy wskazują wiele pozytywnych cech kobiet mających znaczenie w pracy zawodowej. W wielu przypadkach sprawdzają się one, ich zdaniem, lepiej niż mężczyźni. Mimo że w opinii i ekspertów, i badanych kobiet macierzyństwo może być traktowane jako atut w pracy zawodowej, to rzeczywistość pokazuje, że bycie matką nie tylko nie poprawia, lecz pogarsza pozycję kobiet na rynku pracy. Silnie zakorzeniony, niekorzystny i stereotypowy wizerunek kobiet mających dzieci, które są często nieobecne w pracy i gorzej pracują, jest największym dla nich obciążeniem. Okazuje się, że bycie matką nadal uniemożliwia znacznej części z nich zatrudnienie lub utrzymanie dotychczasowego stanowiska pracy.

A teraz, podsumowując – możemy rozpoznać niektóre przekonania, odnoszące się do tego dlaczego kobietom bywa trudniej odnaleźć się w świecie biznesu. Jeśli tak jest, to dlatego, że nad ich karierą nadal krąży widmo kilku stereotypów.

Jedne odnoszą się do zwyczajowej roli kobiety, jako żony i matki zajmującej się domem. Sugerują, że sprawy zawodowe przestają być dla nich priorytetem, bo najważniejsze jest dobro dzieci i rodziny. Efektem takiego założenia są nierzadkie pytania ze strony przyszłego pracodawcy o stan cywilny, plany macierzyńskie, czy wiek dzieci ewentualnej pracownicy. Według obiegowej opinii, rola matki może prowadzić do gorszego wykonywania obowiązków zawodowych, mniejszego zaangażowania w pracę i częstej absencji. Mężczyzna szukający pracy raczej nie musi obawiać się tak osobistych pytań. A jednak – wyniki badań pokazują, że podejście do pracy i sposób jej wykonywania zależą wyłącznie od indywidualnych cech charakteru pracownicy.
Kobiety po powrocie do pracy pracują równie efektywnie i w podobnym wymiarze godzin, co przed okresem macierzyństwa. Jak widać jeśli pełnienie roli matki prowadzi do znaczących zmian w jakości pracy kobiety to jedynie na plus. Kobiety starają się pokazać, że są nadal profesjonalne i oddane swojej pracy. Według opinii specjalistów HR, fakt zmiany hierarchii wartości i stawiania rodziny na pierwszym miejscu przed pracą wcale nie musi oznaczać zmiany nastawienia do pracy zawodowej i gorszego jej wykonywania. A ponieważ łączenie obowiązków zawodowych i rodzinnych wymaga pewnych umiejętności organizacyjnych, oraz dbałości o szczegóły, często jakość ich pracy wzrasta. Są dobrze zorganizowane, przedsiębiorcze i … często zbyt upodabniające się do mężczyzn.
A to już inny stereotyp, głoszący, że kobieta może osiągać sukces w biznesie jedynie wtedy, kiedy upodabnia się do mężczyzn. Równouprawnienie i cały związany z tym medialny szum, wpływa mocno na wizerunek współczesnej polskiej businesswoman. Podczas firmowych imprez, szkoleń, czy konferencji często zauważyć można jak bardzo męski jest wizerunek kobiet biznesu. Są silne, zdecydowane, zdeterminowane, pozbawione słabości. Przyodziane w ciemne garnitury i białe bluzki niemalże ukrywają swoją kobiecość.
Mimo wszystko wydaje się, że panie, które przyjmują męski system wartości mogą czuć się w nim nieco… nieswojo.
Warto, żeby wykształcone, przedsiębiorcze kobiety planujące karierę w biznesie – i nie tylko - pamiętały o właściwych sobie, kobiecych atutach. Oprócz wspomnianej wcześniej zdolności do dobrej organizacji i dbałości o szczegóły, posiadają też nieco inny niż męski sposób naturalnego reagowania w sytuacjach stresowych i konfliktowych. Zamiast walczyć o utrzymanie swojej pozycji i rywalizować za wszelką cenę, dążą do porozumienia. Dzięki zdolnościom do empatii dbają o dobre relacje z klientami i współpracownikami. A to sprawia, że coraz lepiej radzą sobie na stanowiskach kierowniczych.

Ewa Osóbka-Zielińska

Avatar, The Hurt Locker i Oscary – z perspektywy NLP

Sobota, kwiecień 3rd, 2010

Kiedy przed laty obejrzałem wraz z Peterem Wryczą Truman Schow z Jimmem Carreyem w roli głównej, po raz pierwszy nauczyłem się dokonywać całościowej, NLP-owskiej analizy filmów. Peter, Jeden z pierwszych brytyjskich trenerów NLP (obecnie prowadzi swoje centrum treningowo-odosobnieniowe Nirathra na Wyspie Bali), perfekcyjnie opisał tamten film w kategoriach poziomów neuro-logicznych, systemów reprezentacji i innych metaprogramów, pozycji percepcji, przeformułowań itd. Byłem pod wielkim wrażeniem, jak bardzo może być wzbogacona percepcja filmów dzięki takim umiejętnościom. Od tamtej pory oglądanie filmów (nawet kreskówek), sztuk teatralnych, czytanie książek, gazet, stron internetowych itd. jest dla mnie okazją do dodatkowego treningu. A poza tym pozwala dostrzegać takie aspekty i wymiary tych przekazów, które zwykle są niedostępne dla laików w dziedzinie NLP. W niniejszym tekście chciałbym podzielić się swoimi obserwacjami dotyczącymi ostatnich wydarzeń w kinematografii, a szczególnie w Amerykańskiej Akademii Filmowej.

Jak wiemy, faworytem filmowym komisji przyznającej tegoroczne Oscary okazał się film pt. The Hurt Locker, przedstawiający losy saperów amerykańskich w Iraku. Dla wielu kinomanów i krytyków filmowych było to sporym zaskoczeniem, bo wydawało się, że Avatar Jamesa Camerona jest absolutnym hitem i nie ma żadnego konkurenta. Jednak jeszcze przez rozdaniem nagród zaczęło być wiadomo, że „wygra” konkurent Avatara.
Nadal trwają spory i krzyżują się argumentacje na temat tego, który film „zasłużył” na nagrodę, a który nie. Oraz dlaczego komisja podjęła taką a nie inną decyzję. Nie zamierzam tutaj wdawać się w tę dyskusję, lecz podam na początek garść szczegółów dla zarysowania kontekstu, dla ukazania „środowiska”, w jakim sprawa się rozegrała. Znajomość ram odniesienia ma kluczowe znaczenie nie tylko w NLP.
Przede wszystkim trzeba podkreślić, że przyczyny są bardzo zróżnicowane i złożone, i dotyczą samych fundamentów filmowej korporacji oraz zasad, jakimi się ona kieruje. Chris Ayres i Kate Muir z The Timesa stwierdzają, że przyznawanie Oskarów, to „brudna wojna o sławę, wielkie pieniądze i nieśmiertelność”, a właściwie jej namiastkę (Polska, 6-7.03.2010). Stawka jest wysoka – prestiż, reklama, wyższe honoraria dla nagrodzonych itp. Dlatego zdaniem wspomnianych dziennikarzy, niezależnie od maski pięknych, medialnych uśmiechów „rywale bez skrupułów zadźgaliby się nawzajem – gdyby tylko taki akt gwarantował otrzymanie upragnionej statuetki”. Sformułowanie pewnie przesadne, ale faktem jest, że producent The Hurt Locker, Nicolas Chartiere (Francuz) tuż przed końcową decyzją rozsyłał do osób wpływowych maile, które miały na celu zdyskredytować Avatara i do niego zniechęcić. Z tego tytułu, choć jego produkcja „wygrała”, dostał oficjalny zakaz uczestniczenia w gali wręczenia nagród. Kara symboliczna, lecz to i tak pierwszy taki przypadek w historii tej instytucji, świadczący o tym, jak bezpardonowy charakter przybrała ta rywalizacja.

Ciemne chmury nad Avatarem i Cameronem zaczęły się zbierać wkrótce po wejściu tego filmu na ekrany. Jako pierwsza zareagowała armia USA, wyrażając swoje oburzenie, że Cameron przedstawia „dzielnych amerykańskich żołnierzy, walczących z narażeniem życia o demokrację na całym świecie, jako bezwzględnych morderców, ślepo posłusznych machinie militarno-przemysłowej” (to też doniesienie z dziennika Polska, ale gdzieś podziałem ten numer). Z kolei niektóre organizacje murzyńskie doszły do wniosku, że niebiescy bohaterowie filmu z planety Pandora, to w rzeczywistości czarni, których znowu ratuje jakiś białas, a to jest dla nich obraźliwe. Więc domagają się przeprosin za ten zawoalowany rasizm (to nie żart). Wątek ten skwapliwie podchwycił Slawoj Żiżek, filozof słoweński, określany jako czołowy przedstawiciel lewicy europejskiej. „Znowu szlachetny biały ratuje squaw i jej lud”, co jest „imperialistycznym stereotypem” – dochodzi do wniosku Żiżek („Powrót dzikich”, Forum, 15-21.03.2010). A przy okazji stawia Cameronowi zarzut popełnienia plagiatu, do którego ten rzekomo wykorzystał historię o Indiance Pocahontas, sfilmowaną wcześniej i jako film rysunkowy i fabularny (jak dotąd nikt nie podjął tego absurdalnego oskarżenia).

Czytając i słysząc takie opinie, najpierw myślałem, że śnię, i to bardzo paradoksalnie. W końcu doszedłem do wniosku, że ich autorzy w rzeczywistości nie mówią o filmie, tylko o sobie, o swoich mapach, preferencjach, uprzedzeniach, lękach, halucynacjach a także metaprogramach i innych rodzajach filtrów, przez które przepuszczają informacje. Dlatego jeśli teraz zapoznaję się z opiniami dziennikarzy, krytyków, „intelektualistów” na temat książki czy filmu, to nie po to, by dowiedzieć się czegoś o przedmiocie ich wypowiedzi, tylko by zobaczyć JAK oni to robią, w jaki sposób formułują swoje wnioski, co wyprawiają przy tym z meta-modelem, jakie ujawniają przekonania, na jakich ukrytych założeniach się opierają itd. To bardzo ciekawe studia przypadków. Szkoda tylko, że ci autorzy najwyraźniej nie mają pojęcia, co to jest meta-pozycja; że krytycy tak bardzo asocjują się ze swoją mapą, iż tracą krytyczny stosunek do swojej krytyki.

Ze wszystkich zarzutów najbliższy jest chyba ten o przesłaniu Avatara, które ukazuje bez upiększeń wspomniany „kompleks militarno-przemysłowy” USA. Takich rzeczy „nie wolno” pokazywać, ani o nich mówić, więc Cameron bardzo się naraził. Na czarnej liście armii znajduje się już wiele produkcji, jak Czas Apokalipsy, Pluton, Full Metal Jacket, a z nowszych - Jarhead i im podobne, które pokazują oblicza wojny bez propagandowego makijażu. Wpływy tego kompleksu na kinematografię są ogromne, o czym świadczy m.in. cenzura i zablokowanie projekcji filmu Briana De Palmy z 2007 r. pt. Redacted o jednym z nieznanych i niesławnych dla armii USA epizodów wojny w Iraku.
Jednak Avatar nie opisuje jakiegoś epizodu, lecz – metaforycznie oczywiście – zderzenie cywilizacji, typów mentalności, systemów wartości. Nie trzeba być geniuszem, żeby dostrzec tu analogie np. do zagłady Indian obu Ameryk i ich kultur, podboju przez białego człowieka Australii, Afryki, a obecnie - działania USA na Środkowym Wschodzie. We wszystkich tych przypadkach motorem napędowym był „zysk ponad ludzi”, jak głosi tytuł jednej z książek Noama Chomsky’ego. A także ograniczoność takiego patrzenia na świat.

Wyraźnie jednak zarówno krytycy, jak i zwolennicy Avatara pomijają w swoich sporach kluczowy – przynajmniej z punktu widzenia NLP – element tego filmu: proces przemiany głównego bohatera, Jake’a Sully’ego. Oto Jake zostaje przeniesiony do zupełnie nowego środowiska, w którym trzeba zachowywać się inaczej, niż sposoby, do których przywykł (przekroczenie nawyków). Do tego potrzebne były zupełnie nowe umiejętności, które potrzebował dopiero rozwinąć. Ponieważ znalazł się na nieznanym terenie, to musiał też zbudować pasującą do niego mapę, która umożliwiłaby mu przetrwanie. Odkrył także diametralnie różną mapę świata tubylców Na’vi (przekonania), która stanowiła nie lada wyzwanie dla jego mentalności ukształtowanej przez materialistyczno-technicystyczne środowisko, z którego się wywodził. Jego sposób myślenia zaczął się stopniowo, lecz istotnie zmieniać. Przyszedł moment, kiedy Jake doświadczył silnego konfliktu wewnętrznego, także na poziomie wartości. I dokonał wyboru, który ten konflikt rozwiązał. W końcu zyskał nową tożsamość i odkrył swoją misję, która przekroczyła wszystkie jego wcześniejsze, pojedyncze cele. Grunt do tej ostatniej transformacji był już dobrze przygotowany, ponieważ Jake rozwinął nowe relacje z sobą samym, ze współplemieńcami oraz ze światem, którego stał się integralną częścią. Co więcej, zarówno w procesie przemiany, jak i podczas walki o swój nowy dom, wykorzystał wszelkie zbudowane w przeszłości zasoby. Łatwo można zidentyfikować fazę dostrojenia Jake’a do Na’vi, a potem prowadzenia – ku nowym rozwiązaniom.
To m.in. dlatego film oddziaływuje tak silnie na widzów, którzy świadomie, czy też nie, rezonują na ten przekaz. Jeśli bliżej się temu przyjrzeć, to możemy znaleźć tu wiele z „podróży bohatera” opisywanej przez mity, legendy i baśnie, a przez Roberta Diltsa włączonej do zestawu metod NLP, coachingu itp.
Avatar ma oczywiście także wymiar socjologiczny i polityczny, który wywołuje silne reakcje u wielu przedstawicieli tych dziedzin. Jednak fakt, że widz ma możliwość tak łatwej identyfikacji z głównym bohaterem wynika właśnie z tego, że jego droga jest metaforą drogi, jaką każdy ma pewnie do przejścia, jakkolwiek w różnych aspektach swojego życia (i na szczęście chyba w sposób nie aż tak dramatyczny). Permanentne pomijanie w sporach tego wymiaru filmu, okrutnie go okalecza i spłyca.

A The Hurt Locker? To film wyreżyserowany przez Kathryn Bigelow, byłą żonę Camerona. Ostatnio zarzucano Amerykańskiej Akademii Filmowej „męski szowinizm”, „seksizm” itp. i krytykowano ją za niemal skrajne faworyzowanie mężczyzn - reżyserów, producentów itp. (Kira Cochrane „Nominacje skażone płcią”, Forum, 1-7.03.2010). To bardzo nieprzyjemna etykietka, zwłaszcza dla środowiska, które chce uchodzić za postępowe pod każdym względem. Zapewne te zarzuty pod wieloma względami są słuszne, jednak nie powinny decydować o przyznaniu nagrody lub nie. W tym przypadku powinny być brane pod uwagę tylko wartości bezpośrednio związane ze sztuką filmową, a nie polityka dotycząca płci. Postarano się więc o „racjonalne” uzasadnienia. I tak, okrzyknięto ten film jako „wyjątkowy, bo wolny od polityki”, bo nie opowiada się ani za, ani przeciw wojnie w Iraku. „Jest lepszy, niż jakikolwiek dokument o wojnie w Iraku”, „jest klarowny i bezpretensjonalny” (cytuję za: John Pilger „Dlaczego Oscary to ściema? Tegoroczne nominacje to parada propagandy i stereotypów”, Forum, 1-7.03.2010). Autorem przytoczonego artykułu jest były korespondent wojenny w Wietnamie. Komentuje on wspomniane zachwyty następująco: „Co za nonsens. Ten film to kolejna odsłona psychopatycznego napawania się przemocą w czyimś kraju, gdzie śmierć milionów ludzi popada w filmowe zapomnienie. Cała wrzawa wokół Bigelow wynika z tego, że może być ona pierwszą reżyserką nagrodzoną Oskarem. Cóż za obelga – że kobieta jest fetowana za film przepełniony iście męską przemocą.”

Rzeczywiście, z perspektywy NLP nie da się zaakceptować stwierdzenia, że film jest „neutralny politycznie”. Powód? Cała fabuła, dialogi, akcja są przedstawione tylko i wyłącznie z pierwszej (amerykańskiej) pozycji percepcji. To zresztą zabieg powszechnie stosowany w Hollywood. W produkowanych tam filmach wojennych giną setki i tysiące „wrogów”, ale gdzieś w tle. Dramaty rozgrywają się, gdy jeden czy drugi marines zostanie postrzelony, lub co gorsze – w końcu umiera. Najczęściej z patriotycznym wyznaniem na ustach, typu „cieszę się, że umieram za ojczyznę” (jak np. w Byliśmy żołnierzami z Gibsosnem w roli głównej). Do nielicznych wyjątków należy film Clinta Eastwooda Listy z Ivo Yimy, który ukazuje obronę tej wyspy z drugiej pozycji percepcji, z punktu widzenia Japończyków (uzupełnia on inny film Eastwooda Sztandar chwały, przedstawiający z kolei zajęcie tej wyspy z pozycji Amerykanów).
A poza tym, The Hurt Locker nie ma żadnego, dosłownie żadnego przesłania. Może poza jednym, że tym, którzy byli na wojnie trudno zaadoptować się po powrocie do domu. No, odkrycie to to nie jest i na pewno nie powód do nominacji. Efekty specjalne? Nie umywają się np. do Szeregowca Ryana, choć sceny oddane z dużym realizmem. Skoro jednak mowa o realizmie, to ten film pozostaje daleko w tyle za serialem Deadwood, gdzie podczas oglądania, jak to określiła znajoma, prawie można czuć zapach postaci i tytułowego miasteczka. Tak czy inaczej, technika filmowa The Hurt Locker to „epoka kamienia łupanego” w porównaniu z Avatarem.
Za co zatem nagroda? Przed jej przyznaniem w kręgach Akademii krążyły również opinie, że Cameron już swoje otrzymał (za Titanica itp.), więc byłoby niezręcznie znowu go nagradzać. A poza tym Avatar już i tak bije rekordy w oglądalności i korzyściach finansowych. Więc… Resztę można sobie dopowiedzieć. Skoro Obama mógł dostać Pokojową Nagrodę Nobla, to dlaczego The Hurt Locker nie miałby otrzymać Oscara?

NLP pozwala rozwijać większą, niż przeciętna niezależność myślenia. To wielka wartość w czasach zalewu rozmaitych opinii, komentarzy, interpretacji, „prawd do wierzenia podawanych”. Mam nadzieję, że uda mi się Was, drodzy Czytelnicy zachęcić do samodzielnej oceny tego informacyjnego, a często dezinformacyjnego materiału, w którym jesteśmy zanurzeni. Również tego filmowego. Dysponujecie użytecznymi narzędziami i bogatszą perspektywą. Warto robić z tego użytek, także oglądając filmy. Miłej zabawy.

Benedykt Peczko

Wizualizacja, asocjacja, start!

Wtorek, marzec 2nd, 2010

Już po niej. Zaczęła się tragicznie, skończyła dziką radością. To jej wina, że mam sińce pod oczami i chodzę niewyspana. Toż to czyste szaleństwo, żeby po całym dniu pracy siedzieć do rana przed telewizorem.

Na początku pretekstem były jak zwykle skoki narciarskie i jazda figurowa na łyżwach, a dalej wszystko potoczyło się w myśl powiedzenia: w miarę jedzenia apetyt rośnie. Przypomniałam sobie, że przecież jestem fanką (no proszę to już poziom TOŻSAMOŚCI) narciarstwa alpejskiego, fascynuje mnie saneczkarstwo, slalom gigant, bobsleje. Ale do rzeczy…

Olimpiada Zimowa

Odkładam na bok moje osobiste zachwyty i biegnę podzielić się kilkoma spostrzeżeniami dokonanymi zimnym (hehe;)) okiem profesjonalistki:

Po pierwsze: Narciarze alpejscy na chwilę przed zjazdem. Na ekranie telewizora widać skupioną, rozkołysaną sylwetkę sportowca, alpejki, która z zamkniętymi oczami przemierza w wyobraźni trasę zjazdu. Co robi? Wizualizuje. Zaprasza swoje ciało, żeby zechciało współpracować w idealnej harmonii. Wizualizuje na oczach tysiąca gapiów. Nic nie szkodzi. Dziewczyna jest w tak silnej asocjacji, jak po starcie:  widzi, słyszy i czuje jedynie własne myśli, ciało i trasę.

Obserwuję narciarzy zjazdowych. Na podium stają ci, których sylwetka jest w trakcie jazdy sprężysta, aerodynamiczna, tak jakby tworzyli jedność z otaczającą ich trasą. Tak jakby ciało wiedziało na co się przygotować, jakby ufało sobie i swoim możliwościom. Jakby przewidywało co się za chwilę stanie i godziło się na to. Ostry skręt, długi zjazd, skok…

A potem saneczkarka zapytana jak przygotowuje się do zjazdu odpowiada, że wiele czasu zajmuje jej chodzenie wzdłuż toru i modelowanie w wyobraźni trasy przejazdu i niezbędnego ułożenia ciała, odpowiednie „wchodzenie” w zakręty.

I jeszcze snowboardziści. Kiedy w half-pipe (rynnie?) trwają zawody akrobacji na desce podziwiam ile znajomości własnego ciała trzeba, żeby zechciało tak współpracować. Ale tym razem moja uwaga skupia się jeszcze na czym innym. Na niezwykłej radości, która aż promienieje z zawodników. Przez chwilę zastanawiam się co mi tu nie pasuje (acha, metaprogram na różnice). I już wiem. Patrzę na snowboardzistów i widzę ludzi, którzy przede wszystkim cieszą się po wariacku z tego co robią, a dopiero potem konkurują. Przyglądam się kolejnemu przegrywającemu i widzę jego radość. Ciekawe.

Lubię pracować ze sportowcami, tak jak lubię pracować z muzykami. I jedni i drudzy  dążą do doskonałej harmonii z własnym ciałem. Używają do tego wyobraźni. Nie pytają czy coś się da zrobić, tylko jak to osiągnąć.

Magda Mastalerz

Przekonania fantomowe

Poniedziałek, luty 22nd, 2010

Chciałbym nawiązać do tekstu Łukasza Dąbrówki pt. „Przekonania - ograniczenia czy potencjał dla naszej tożsamości?”, a szczególnie do przykładu zaczerpniętego z artykułu w Rzeczpospolitej dn. 11/01/2010 “Wyspa niewolników nie chce autonomii”:

– Ciągle boję się psów, choć nigdy żaden nie zrobił mi krzywdy – opowiada dozorca w hotelu w Sainte Luce, miejscowości na południowo- zachodnim wybrzeżu Martyniki. Strach przed uwielbianymi przez białych czworonogami zaszczepili w nim rodzice, którzy dostali go w spadku od swoich rodziców i dziadków. Tych, którzy jeszcze pamiętali czasy niewolnictwa, gdy pies był pomocnikiem białych panów, szukającym zbiegłych z plantacji niewolników.

Do wyjaśnień Łukasza chciałbym jeszcze dodać parę moich skojarzeń. Otóż opisywany przykład świetnie ilustruje zjawisko, które niektórzy badacze nazywają „przekonaniami fantomowymi”. Dowiedziałem się o tym przed kilku laty podczas warsztatu, jaki Robert Dilts prowadził w Austrian NLP Training Center w Wiedniu. Robert przedstawił wówczas wyniki jednego z eksperymentów, jaki został przeprowadzony na szympansach. Nie znam niestety bliższych danych na temat tego kto i gdzie dokładnie go realizował, więc nie mogłem dotrzeć do bliższych danych bibliograficznych. Dlatego poniżej przedstawiam opis tego eksperymentu tak (mniej więcej), jak przekazał go Robert.
Grupę małp umieszczono w zamkniętym, lecz przestronnym pomieszczeniu. W jednym miejscu pod sufitem wisiały podwieszone banany – przysmak szympansów. Aby się do nich dostać musiały one wejść po schodach i po prostu po nie sięgnąć. Tak też robiły, w miarę swoich potrzeb. Jednak po pewnym czasie zerwanie banana zaczynało uruchamiać zimne prysznice, które polewały całe pomieszczenie i znajdujące się w nim małpy. Woda szybko spływała przez kratki w podłodze, ale wszystkie osobniki doznawały przykrego szoku termicznego.
Po kilku powtórzeniach tej sekwencji: zerwanie banana – zimny prysznic dla wszystkich, małpy przestały sięgać po banany. Jeśli jednak któraś z nich „się zapomniała”, była powstrzymywana (a jeśli zdążyła zerwać, to karana) przez pozostałe. Wkrótce normą społeczną tej grupy stała się zasada, że nie wolno zrywać bananów, a jeśli któryś z nich zaczynał wchodzić na schody wiodące do podwieszonych pod sufitem owoców, był ostrzegany przez pozostałe osobniki. Wiedział, co go czeka, jeśli się nie podporządkuje.
Wkrótce zaczęto stopniowo zabierać z pomieszczenia po jednym szympansie, a na jego miejsce wpuszczano nowego osobnika, który nie znał wspomnianego zakazu. Szybko się jednak o nim dowiadywał, gdy tylko zaczynał kierować się w stronę bananów. „Edukacja społeczna” przebiegała szybko i skutecznie. Nowe osobniki sprawnie przyswajały sobie tę regułę panującą w grupie, po czym same stawały się jej egzekutorami w stosunku do kolejnych nowych małp wpuszczanych na miejsce „starych”.
W końcu następował moment, kiedy w pomieszczeniu nie było już ani jednej małpy, która fizycznie doświadczyła związku przyczynowo – skutkowego w postaci zerwania banana i następnie zimnego prysznica. To oznacza, że pozostałe w pomieszczeniu małpy nauczyły się zasady społecznej (zakaz sięgania po banany pod groźbą surowej kary) bez powiązania jej z „doświadczeniem referencyjnym”, jak je określa Dilts. Doświadczenie referencyjne to takie, dzięki któremu rozumiemy dane pojęcie czy ideę nie tylko na poziomie powierzchniowym (gramatycznym, językowym czy na poziomie zewnętrznego tylko znaku), ale także na poziomie struktury głębokiej (czucia, akcji, pełnej zmysłowej reprezentacji, wglądu emocjonalnego, integracji poprzez działanie itp.).
W dalszym etapie eksperymentu odcięto dopływ wody do pryszniców. Małpy nadal jednak kierowały się zasadą, że nie wolno zrywać bananów. Mimo, że żadna z tej „generacji” uczestniczącej w końcowej fazie badania nie miała pojęcia, dlaczego istniał ten zakaz. Żadna nie doświadczyła na własnej skórze negatywnych skutków zrywania podwieszonych owoców (oczywiście oprócz sankcji społecznych) „Nie wolno, bo nie wolno”. Tak więc, prysznice były nieczynne, ulubione banany znajdowały się w zasięgu ręki, ale gniły pod sufitem, bo żadna małpa nie odważała się przekroczyć reguły, której nikt już i tak nie rozumiał.

Podsumowując, przekonania fantomowe to takie, które nie są zakorzenione w doświadczeniu danej jednostki czy grupy. Mogą być natomiast przejęte „w spadku” po przodkach, nauczycielach, systemie społecznym itd. Choć przekonania tego typu są przyswajane automatycznie i/lub pod wpływem presji społecznej (w tym rodzinnej), to w wielu przypadkach są one nieadekwatne dla młodszych generacji oraz dla aktualnych okoliczności. A to dlatego, że kształtowały się w innych warunkach historyczno-kulturowych lub w oparciu o specyficzną historię osobistą jakiejś jednostki czy grupy. Jej doświadczenia referencyjne mogą być zupełnie inne, niż np. u potomków, wychowanków itd.
Ile elementów tradycji, religii, nauki, gospodarki i innych dziedzin, a także Twojego własnego systemu przekonań, sposobów oceny, reguł postępowania itp. może być przekonaniami fantomowymi (lub się na nich opierać)? Odpowiedź na to pytanie wymaga uważnego przyjrzenia się sobie i otoczeniu – pod tym właśnie kątem. Jeśli nawet byłby to proces bardziej długotrwały, to i tak opłaca się to zrobić, żeby nasze „banany się nie marnowały”, gdy wystarczy po nie sięgnąć. Życzę smacznego.

Benedykt Peczko

Przekonania - ograniczenia czy potencjał dla naszej tożsamości?

Poniedziałek, styczeń 25th, 2010

Tydzień temu miałem przyjemność prowadzić kolejny moduł zajęć Mistrz NLP poświęcony pracy na poziomie ‘Tożsamości’.  Istotą koncepcji poziomów neurologicznych wg Diltsa  jest możliwość opisania i przyporządkowania różnych elementów doświadczenia jednostki. Model ten jest hierarchiczny, więc oddziaływanie i zmiana wprowadzona na poziomie wyższym powoduje zmianę na poziomach niższych*. Poziom ‘Tożsamości’ znajduje się ponad poziomem ‘Wartości’ oraz będącym jeszcze niżej poziomem ‘Przekonań’. O ile wartości są łatwo rozpoznawane przez każdego z nas. Wystarczy zadać sobie pytanie, co jest dla mnie ważne w życiu, pracy, itd.? Udzielone odpowiedzi będą zazwyczaj właśnie kluczowymi dla osoby wartościami. Ciekawiej ma się sytuacja w pracy z przekonaniami. Bez przekonań na temat otaczającego nas świata nie możemy funkcjonować (ciekawe przekonanie ;) ). Każdy z nas ma jakieś przekonania na temat świata, siebie, innych. Mimo tego, że poziom ‘Przekonań’ jest położony poniżej ‘Wartości’ i ‘Tożsamości’ to siła oddziaływań przekonań leży w tym, że w znacznej mierze determinują one nasze postrzeganie świata a co za tym idzie sposób naszego działania. Jeszcze ciekawsze jest to, jak można (a raczej jak często trudno) jest nam zmienić nasze przekonania. Stąd m.in. Richard Bandler stworzył jedną z technik zmiany przekonań. Tego wszystkiego uczą się i zmieniają swoje przekonania uczestnicy szkoleń. Są praktykami – doświadczają zmiany.

W takim razie co mają przekonania do naszych ograniczeń lub potencjału rozwoju tego kim jesteśmy?

Otóż w odpowiedzi chcę przytoczyć fragment pewnej wypowiedzi, jaką przeczytałem w artykule w Rzeczpospolitej dn. 11/01/2010 pt. “Wyspa niewolników nie chce autonomii” poświęconemu zupełnie innemu tematowi tj. sytuacji politycznej na Martynice. To co przykuło moją uwagę to następująca na początku wypowiedź rdzennego mieszkańca wyspy.

– Ciągle boję się psów, choć nigdy żaden nie zrobił mi krzywdy – opowiada dozorca w hotelu w Sainte Luce, miejscowości na południowo- zachodnim wybrzeżu Martyniki. Strach przed uwielbianymi przez białych czworonogami zaszczepili w nim rodzice, którzy dostali go w spadku od swoich rodziców i dziadków. Tych, którzy jeszcze pamiętali czasy niewolnictwa, gdy pies był pomocnikiem białych panów, szukającym zbiegłych z plantacji niewolników.

Jak to jest, że można  bać  się czegoś, czego się nigdy nie doświadczyło? Jak to się dzieje, że można  bać się  psa - przypomnijmy zwierzęcia udomowionego - który nigdy ‘nas’ nie pogryzł. Sceptycy odpowiedzą z pewnością, że przecież i w Polsce można znaleźć wiele osób, które boją się psów, choć nie zostały nigdy pogryzione a znają to jedynie  z opowieści. Ciekawszy aspekt tej wypowiedzi dotyczy dalszej jej części “Zaszczepili w nim rodzice, którzy dostali go w spadku od (…), którzy pamiętali czasy, gdy pies był (tym, który był bardzo niebezpieczny dla tej grupy ludzi)“.

Z punktu widzenia NLP mamy tutaj idealny opis tego jak powstają przekonania (tu: ograniczające) oraz jak język tworzy i kształtuje nasze subiektywne postrzeganie świata. Gdzieś na Martynice kiedyś w czasach niewolnictwa powszechne było używanie psów tak, że ludzie doznawali (dużo) bólu, strachu, przerażenia [negatywnych emocji]. Przekonanie o tym, że psy są niebezpieczne było opisem tamtejszej rzeczywistości. To nie ulega żadnej wątpliwości. Zostało to opisane w wielu przekazach i opowieściach, jakie rodzice przekazywali dzieciom. A te dzieci swoim dzieciom, itd. W międzyczasie otocznie się zmieniło. Niewolnictwa nie ma. Psy, pewnie podobnie jak w Polsce, chodzą po ulicach i czasami kogoś pogryzą a częściej uciekają. To co zostało z tamtych czasów to słowny/werbalny przekaz tych doświadczeń. Przekaz pełen opisów nieprzyjemnych i bolesnych emocji (np. strachu, zagrożenia). Widzimy proces uczenia dzieci przez rodziców nt. potencjalnego zagrożenia. Proces, który odbywa się już tylko za pomocą słów. Bez żadnego bezpośredniego doświadczenia. Nie ma niewolnictwa, nie ma ‘białych z psami’. A strach, emocje przekazane przez osoby ważne w tej opowieści docierają do ich słuchaczy. Stają się częścią ich doświadczenia. Stają się ich przekonaniami na temat otaczającego świata. Tak jak przekonania generalizują to wybrane zasłyszane i wyobrażone doświadczenie oraz towarzyszące mu emocje - być może jest to forma uogólnienia i przekonania “psy są groźne”. To jest ważny punkt.  Bo właśnie tutaj rozpoczyna się odpowiedź na pytanie tego wpisu. Czy takie przekonanie jest ‘ograniczające’? Wiele osób powie pewnie, że tak. Szczególnie jeśli jego posiadacz utrzymując je nie może być sobą. Może byłby świetnym weterynarzem, a mając takie przekonanie wybrał inny kierunek zawodowy.  Zapraszam Cię do przyjrzenia się temu jak powstały twoje własne przekonania? Skąd wiesz, że są one ‘realne’ a może tylko ‘zasłyszane’?

Skąd wiemy, że w pracy:
“nic nie da się zmienić w tym/naszym dziale”; “…. że Iksiński (zawsze) jest złośliwy?”; ”…. zawsze realizuję swoje cele”; “… nigdy nie dogadam się z tym klientem?”;

Skąd wiemy, że:
“… kobiety są podstępne a mężczyźni to dranie”; “… zawsze … [się spóźniam, bałaganię, dobrze się bawię, zdążam na czas]“;

Dla naszego rozwoju i tego kim jesteśmy zawsze lepsze są przekonania związane z różnymi realnymi doświadczeniami. Bo przecież wiemy, że psy są i miłe (do głaskania) i groźne (do omijania). Tak, więc o wiele użyteczniejsze będzie przekonanie, iż są “psy, które gryzą i które są miłe”. Podobnie lepiej (efektywniej dla nas) mieć nawet takie proste przekonanie “często się spóźniam” a idealnie mieć “zdarza mi się spóźniać”. Bo właśnie to ostatnie będzie dawało nam największy potencjał do rozwoju naszej tożsamości, tego abyśmy byli szczęśliwi i realizowali sie w życiu. Czego Życzę wszystkich Czytelnikom w roku 2010.

* - Wielorakość zastosowania koncepcji poziomów neurologicznych wykracza oczywiście poza formułę bloga, więc zainteresowanych odsyłam do literatury oraz praktycznych zajęć (np. darmowy wstęp na comiesięczne spotkanie “Piątki z NLP” u nas w Instytucie).