Wpisy otagowane ‘NLP’

Patrząc na burzę…

Niedziela, maj 23rd, 2010

Tym razem inspiracją do wpisu będzie poprowadzony w zeszłym tygodniu moduł Mistrza NLP w Poznaniu oraz burza, którą niedawno obserwowałem. Dlaczego moduł Mistrza? Bo był to moduł poświęcony emocjom. Po raz kolejny wraz z grupą przyglądaliśmy się emocjom, ich roli w życiu, sposobom przeżywania (ich strukturze). Eksperymentowaliśmy także z różnymi sposobami uelastyczniania przeżywania naszych emocji, tak aby zachowując ich informacyjną funkcję jeszcze pełniej wykorzystać fakt, że emocje istnieją. Tak na marginesie: odkrycie, że emocje po prostu są, pojawiają się i przemijają i że nie warto im się przeciwstawiać,  ”walczyć” z nimi, hamować, tłumić, czy nawet “radzić sobie” (sprawdź też, co dla Ciebie czytelniku, kryje się za powyższymi sformułowaniami) było jednym z najbardziej owocnych odkryć w moim życiu.

No a burza? Cóż atmosfera w grupie była tak konstruktywna, że do wpisu potrzebowałem jeszcze jakiejś budzącej napięcie inspiracji. A reszta wyjaśni się w czasie dalszej lektury…

Kiedyś, w początkowym okresie tego bloga zamieściłem wpis pt. Uważność i ruchy gałek ocznych. Obecny wpis nawiązuje nieco do opisanej tam  metodologii. Tym razem również zaproszę Cię do małego eksperymentu.

Oto “kroki”:

  1. Nastaw “timer” lub budzik (może być też minutnik do gotowani jajek :-) ) na 2 minuty.
  2. Usiądź wygodnie.
  3. Wsłuchaj się w swój oddech. Pozwól sobie odczuć jak oddychasz. Obserwuj jak to jest: oddychać tak jak zazwyczaj to robisz. Tak jak jest Ci wygodnie.
  4. Obserwuj co się pojawia w Twoim “polu świadomości” :  jakie myśli, obrazy, dialogi wewnętrzne, wyobrażenia czy wspomnienia.
  5. Jakie uczucia się pojawiają.
  6. Pozwól zarówno myślom jak i emocjom odpłynąć wraz z oddechem.
  7. Wróć do obserwowania oddechu. Skup na nim swą uwagę.

W istocie całe to ćwiczenie polega na nieoceniającym obserwowaniu tego co pojawia się w polu świadomości, a oddech, jako coś co mamy zawsze ze sobą służy nam jako “metronom” coś co wyznacza rytm i przypomina, że mamy być obserwatorami, a nie podążać za myślami czy emocjami.

No dobrze. A teraz pytanie. Czy te dwie minuty to dużo, czy mało? Byłeś zaskoczony(a) ile trwają dwie minuty? Byłeś zaskoczona(y) ile myśli, odczuć, obrazów etc. pojawiło się w tym czasie?

O ile  nie jesteś  zaprawionym w oczyszczaniu umysłu mnichem zakładam, że pojawiło się … wiele.

To prosta obserwacja. Rzekłbym podstawowa. A czy zdajesz sobie sprawę, że również wtedy, gdy nie skupiasz uwagi na oddechu taki natłok myśli, odczuć, obrazów, dialogów zajmuje Twoją świadomość?

Proponuję Ci, żebyś co jakiś czas pamiętał(a) o zwróceniu uwagi na oddech i uważnej obserwacji tego co się z Tobą dzieje? Co Cię zaprząta? Co zajmuje? Co tli się w Twoim sercu? Nad czym pracują tryby Twojego umysłu?

Jeśli dwie minuty to za mało, możesz wydłużyć czas obserwacji do 10-15 minut. Najistotniejsze z NLPowskiego punktu widzenia jest jednakże zatrzymanie się na chwilę i zapytanie samego siebie: Co się ze mną dzieje? O czym mi mówi to, co się pojawia w moich emocjach? Co sam do siebie mówię?

Zatrzymaj się na chwilę, bo choć wielu ekscytuje się hipnozą to, jak powiedział kiedyś mój superwizor,  “najgłębszym stanem transu jest stan codziennej świadomości”…

PS. a do tematu emocji obiecuję jeszcze wrócić… może emocje w kontekście doświadczań płynących z ciała?

Czy warto szukać sensu życia…?

Wtorek, maj 4th, 2010

Czy “sens życia” jest czymś co istnieje? Czy da się odnaleźć? Gdzie go szukać? Skąd brać siłę do szukania? Co zrobić gdy sensu nie znajduję? Co zrobić gdy zamiast “sensu” napotykamy różne “sęsy”…?

To pytania, które zdarza  mi się słyszeć od klientów na psychoterapii. I to klientów w różnym wieku, nie tylko  tych nastoletnich.

A gdyby tak odwrócić perspektywę. Skoro doświadczamy  rzeczywistości dzięki naszym zmysłom, skoro owe zmysły same w sobie są filtrem, który powoduje, że uzyskany obraz rzeczywistości jest uporządkowany i przez to okrojony z części swej złożoności, skoro dodatkowo nasz obraz rzeczywistości niczym światło na pryzmacie podlega rozszczepieniu i zniekształceniu przechodząc przez filtr naszych przekonań, doświadczeń, wartości, skoro nasz nastrój, poziom hormonów, stan skupienia uwagi wpływa na percepcję rzeczywistości, to czy szukanie sensu ma sens? Albo mówiąc językiem nlpowskim co nam to daje? Jakie są pozytywy a jakie ograniczenia szukania sensu?

Odwracając perspektywę  chciałbym odwołać się do przeformułowań i do szczególnego rodzaju przeformułowania jakim jest zamiana porażki w informację zwrotną. Przyglądając się “szukaniu sensu życia”  z perspektywy konstruktywistycznej możemy przyjąć założenie, że skoro nie mamy bezpośredniego dostępu do rzeczywistości, a jedynie konstruujemy jej obraz w naszym umyśle, za pośrednictwem zmysłów, procesów fizjologicznych i czynności psychicznych (co nie zaprzecza istnieniu owej rzeczywistości obiektywnej, acz niepoznawalnej bezpośrednio, tzn. w inny niż za pomocą zmysłów sposób) to i sensu życia nie “znajdujemy” a raczej konstruujemy go w naszym umyśle. Zatem z perspektywy konstruktywizmu jedyne co nam pozostaje to nadawać sens. Szukamy zatem nie tyle sensu samego w sobie ile raczej szukamy wspierających dla nas możliwości nadawania sensu temu czego doświadczyliśmy.

“Uważaj co do siebie mówisz, bo przypadkiem możesz się słuchać.” Może zatem warto czasem zastanowić się zanim powiemy: “to bez sensu”… A co by się zmieniło gdyby powiedzieć sobie coś w tylu: “Nie widzę w tym żadnego sensu i tym bardziej potrzebuję czasu, żeby zastanowić się, co to dla mnie może znaczyć.”

Zachęcam czytelników do poszukania jakie nowe możliwości daje nam to abstrakcyjne na pierwszy rzut oka przeformułowanie: zamiast szukać sensu, spróbuj nadać sens?

Co się dzieje pomiędzy “klik” a “wrrr”?

Poniedziałek, marzec 29th, 2010

W swojej słynnej książce “Wywieranie wpływu na ludzi. Teoria i praktyka” Robert B. Cialdini (Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne) juz w pierwszym rozdziale opisał zjawisko automatycznego reagowania na niektóre bodźce. Powiązania typu tytuł naukowy - nieomylność, wysoka cena - wysoka jakość, atrakcyjny wygląd -  inteligencja lub mądrość, ładne ubranie - wiarygodność, ludzie patrzą na ciebie - musisz być perfekcyjny. Cialdini pokazuje ten mechanizm najpierw na przykładzie indyczki, która gdy widzi tchórza, atakuje. Gdy podstawiano jej wypchanego drapieżnika, nadal rzucała się na niego z furią. Gdy jednak umieszczono w jego wnętrzu magnetofon, który wydawał odgłos pisklęcia (Cialdini opisuje go jako “czip-czip”) indyczka nie tylko nie atakuje obiektu, ale jeszcze przygarnia go i przykrywa skrzydłem. Myślimy z politowaniem o “głupim ptaku” zgaduje Cialdini. Nie byłby sobą, gdyby nie gotował czytelnikowi gorzkiej pigułki. Oddajmy zatem głos klasykowi:

Zjawisko to zgrabnie ilustruje eksperyment wykonany przez psycholog Ellen Langer. W myśl powszechnie znanej reguły, rządzącej ludzkim zachowaniem, prosząc kogoś o oddanie nam przysługi, zwiększymy szansę spełnienia naszej prośby, jeżeli dostarczymy temu komuś jakiegoś jej uzasadnienia. Po prostu ludzie lubią mieć jakieś powody, dla których coś robią. Langer wykazała ten niezbyt zaskakujący fakt, prosząc o drobną przysługę ludzi oczekujących w bibliotece na swoją kolejkę do kserokopiarki. “Przepraszam, mam tu pięć stron. Czy mogłabym skorzystać z kopiarki, bo bardzo się spieszę?” Skuteczność takiej prośby zaopatrzonej w uzasadnienie okazała się bardzo wysoka - 94% poproszonych ludzi zezwoliło proszącej osobie na skorzystanie z kopiarki poza kolejką. Gdy natomiast prośba brzmiała: “Przepraszam, mam tu pięć stron. Czy mogłabym skorzystać z kopiarki?”, a więc była pozbawiona uzasadnienia, tylko 60% proszonych na nią przystało. Na pierwszy rzut oka istotna różnica między tymi dwoma prośbami zdaje się tkwić w słowach “bo bardzo się spieszę”. Ale trzeci typ prośby użyty przez Langer w tym eksperymencie pokazał, że to nie tyle cały ten ciąg słów, ile jedynie pierwsze z nich - króciutkie słówko “bo” automatycznie wyzwalało zgodę na spełnienie prośby. Trzeci wariant prośby brzmiał bowiem: “Przepraszam, mam tu pięć stron. Czy mogłabym skorzystać z kopiarki, bo chciałabym je skopiować?”, a więc nie zawierał żadnego rzeczywistego uzasadnienia prośby. Stwierdzał jedynie oczywisty fakt, że kopiarek używa się do kopiowania, a jednak aż 93% poproszonych zgodziło się wpuścić proszącą osobę poza kolejką. Krótkie słówko “bo” zadziałało zupełnie tak samo, jak piskliwe “czip-czip” wywołujące macierzyńskie zachowania indyczki nawet wtedy, kiedy wydobywa się z tchórza. Słowem - klik, wrrr…. Większość naszego życia upływa na takich właśnie zachowaniach. Robert B. Cialdini Wywieranie wpływu na ludzi. Teoria i praktyka

Konkluzja nader smutna: “większość życia upływa nam na takich właśnie zachowaniach”… Zapewne ciągła świadomość wszystkiego i nieustanne analizowanie ogromu informacji, które do nas docierają byłoby bardzo energochłonne. Zatem Matka Natura za pomocą mechanizmów ewolucyjnych wyposażyła nas w różnego rodzaju automatyzmy i heurystyki, które pozwalają nie zajmować się dużą częścią bodźców docierających do naszego umysłu. W zamian mamy więcej wolnych mocy przerobowych by np.: układać wiersze, komponować muzykę, malować słoneczniki, myśleć jakby tu podwoić a może i potroić nasze środki i takie tam…. Cialdini dość szybko w swojej książce wprowadza pojęcie manipulacji i opisuje różne pułapki czyhające na  posługujących się wyuczonymi schematami. Czyli na nas wszystkich. Powstaje zatem pytanie: Jak się obronić przed manipulacją? Gdy myślisz “manipulacja” być  może pojawiają się przed oczami obrzydliwi “manipulanci” wyposażeni w najnowsze “sztuczki” oraz prawie nieograniczone środki pieniężne, które pozwolą im za pomocą owych “kuglarskich sztuczek” zmanipulować nas i zarobić kolejne nieograniczone środki dla siebie lub swoich nieetycznych mocodawców. Z moich doświadczeń wynika, że gdy pada hasło “manipulacja” i “wykorzystywanie automatyzmów” zazwyczaj słuchacz prezentuje gotowość do obrony przed zewnętrznym “manipulantem”. Proponuję przeformułowanie zagadnienia. Skoro  cały “akt manipulacji” odbywa się w naszym umyśle przyjrzyjmy się temu co się tam dzieje i zacznijmy od sytuacji, w których to my sami zakładamy sobie “pętlę” i …. sami się poddajemy manipulacji. Przytoczę, teraz przykład, który pojawił się podczas prowadzonego przeze mnie kursu Praktyk NLP. Mężczyzna, którego na potzreby tej opowieści nazwiemy  Alfredem, podzielił się swoim problemem w relacjach z córką. Problem polegał na tym, że dla Alfreda “nie było takiej sprawy, której nie dałoby się załatwić”. Wspierające przekonanie, nieprawdaż? Cóż, jego córka, nadajmy jej imię Antonina, ceniąc wiedzę i doświadczenie ojca (a możne coś zupełnie innego, to się jeszcze okaże), zwracała się do niego w różnych trudnych dla siebie sytuacjach. Mam problem, kiedy córka przychodzi do mnie z pytaniem o poradę, albo z jakimś trudnym problemem - mówił Alfred - zaraz się nastawiam na to jej jęczenie i wiem, że będę musiał jej udowadniać, że to wcale nie jest problem, tylko że trzeba znaleźć rozwiązanie. No i każda taka sytuacja kończy się niepotrzebnym spięciem - choć oboje mamy dobre intencje - rzekłbym “pozytywne intencje” - zakończył. Jak to się dzieje? - zapytałem. Wiesz, ja rozpoznaję, kiedy ona ma problem. Jak tylko zobaczę, że wchodzi do mnie do pokoju i widzę ten jej wyraz twarzy, taki zbolały, to wiesz, mówię sobie, “no, żesz do diaska, znów to samo” i na domiar złego przed oczami stają mi te wszystkie sytuacje, gdy mi się nie udało jej przekonać, że życie nie jest takie straszne, tylko trzeba brać byka za rogi… Wiesz to się dzieje automatycznie - teraz zdałem sobie z tego sprawę - kontynuował -  widzę jej twarz i zaraz się robię spięty. Zauważmy, że Alfred sam postrzegał sytuację jako “klik - wrrr…” Powiedział przecież: widzę skrzywioną, zmartwioną twarz córki i zaraz robię się spięty”. No a z drugiej strony opisał co się dzieje w jego umyśle: widzę twarz córki…., mówię sobie…, przypominam sytuacje, gdy mi nie wyszło… Kto jest absolwentem Praktyka NLP, albo zaliczył już III moduł, zapewne się zorientuje, że mamy tu pięknie opisaną mikrostrategię… Wyzwalacz: “skrzywiona twarz córki”, następnie Dialog Wewnętrzny “znów ma problem / znów będę musiał udowadniać….”, Wzrokowe Przypomnienie “porażek” i jako efekt - negatywny stan, czyli złość, zniecierpliwienie, poirytowanie… Rzeczywistość okazuje się nieco bardziej złożona. A miało być tak prosto: “klik - wrrr…”. Widzę twarz i się wkurzam… Ona mnie wkurza, on… ono… Warto zatem przyjrzeć się takim sytuacjom, gdy wydaje nam się, że jakiś bodziec, czyjaś twarz, słowo, gest wywołują w nas złość, irytację, bezradność, poczucie winy. Może odkryjemy, że nie musimy funkcjonować według ustalonego schematu “klik - wrrr…” Najprościej, zastanowić się jak zmienić taką odkrytą u siebie strategię. Co mógłbyś, co mogłabyś do siebie powiedzieć, żeby było to bardziej wspierające? Jakie inne obrazy przywołać, aby doświadczyć większego spokoju, dystansu, cierpliwości? Jedną z najistotniejszych metod przeciwdziałania  manipulacji jest uświadomienie sobie, że jesteśmy jej poddawani. Jeśli odkryjemy u siebie automatyzm i staniemy się bardziej świadomi swojego sposobu działania, będziemy mieli więcej pod kontrolą… W myśl tego, że jeśli coś jest nieświadome może kontrolować nas, gdy jest uświadomione wtedy my mamy to pod większą kontrolą… Acha, jesteś pewnie ciekaw co się zmieniło u Alberta? No cóż, gdy zmienił pierwszy element swojej “strategii” i widząc smutną i skrzywioną twarz córki mówił sobie: “Ciekawe z czym przychodzi? Wysłucham jej…”, a potem przypominał sobie te wszystkie sytuacje gdy zwracała się do niego  z pytaniami, mimo, że potem i tak postępowała według własnego zdania, uświadomił sobie, że ona wcale nie potrzebuje porady. Jego rolą jest wysłuchać i towarzyszyć… A to bardzo zmieniło emocje jakich doświadczał w podobnych sytuacjach w przyszłości. Owocnego obserwowania “klik - wrrr….”. Wszak już Sokrates cytując napis wyryty nad wejściem do delfickiej wyroczni namawiał: “Poznaj samego siebie”.

Przedsiębiorczość i potęga komunikacji niewerbalnej

Poniedziałek, marzec 15th, 2010

Prowadziłem ostatnio szkolenie dla przedsiębiorców. Jak zwykle przy okazji tematu efektywnej komunikacji pojawiła się dyskusja na temat różnic między perswazją a manipulacją. Temat obszerny bo nawiązujący do odpowiedzialności i etyki postępowania. Jednak i perswazja i manipulacja opiera się, czy może korzysta, z tych samych narzędzi, umiejętności czy po prostu wiedzy na temat funkcjonowania ludzi. Funkcjonowania rozumianego bardziej jako znajomości zasad działania neurologii, percepcji oraz procesów myślowych niż obszaru zachowań społecznych.

Właściwie na każdym szkoleniu omawiając komunikację niewerbalną (tzw. mowę ciała) i jej wpływ na skuteczność prezentowania, sprzedawania, negocjowania, odnosimy się do badań przeprowadzonych przez Alberta Mehrabiana. Znane są one w chwili obecnej jako zasada 7% - 38% - 55%. Zasada ta głosi, że za efektywność komunikacji w:

7% - odpowiada treść

38 % - sposób mówienia (ton głosu, rytm, itd.)

55% - mowa ciała (mimika, postawa, itd.)

Warto pamiętać o tym, że były to badania robione w bardzo ścisłych warunkach o określonym kontekście sytuacyjnym. Stąd szczególnie należy mieć dystans do cyfr i procentowych proporcji. Z drugiej strony jednak proste ćwiczenie wykonywane w czasie szkolenia daje bezpośrednie doświadczenie każdemu uczestnikowi. Do tej pory w żadnej z grup nie pozostawiało ono żadnych wątpliwości co do słuszności zaobserwowanej i opisanej zależności. W dodatku stanowi to inspirację do własnego odkrywania jak się przedstawiają wspomniane proporcje.

Co w takim razie ma wspólnego przedsiębiorczość czy szeroko rozumiany biznes z efektywną komunikacją?

Otóż ma. I to bardzo wiele. Jeśli pomyślimy o tym ile czasu poświęcamy na uczenie się umiejętności zawodowych. Zdobywamy ‘twarde’ doświadczenie. Odnosimy sukcesy i porażki. Te ostatnie mobilizują nas do nauki. Zdobywania doświadczenia, praktyki zawodowej, itd. A czy w tym wszystkim zwróciliśmy uwagę na fakt, że liczy się nie tylko sama treść przekazu? Liczy się coś więcej niż poprawność naszego wyglądu na spotkaniu jakie organizujemy. Również ma znaczenie sposób w jaki mówimy. Postawa ciała jaką przyjmujemy podczas prezentowania naszej fachowej wiedzy. Warto się chwilę zastanowić o ile poprawiłaby się nasza efektywność pracy, gdybyśmy pogłębili nasze umiejętności również w tym obszarze. Przy okazji nasuwa się wniosek, że zdobywanie praktycznych umiejętności w tym zakresie staje się również kwestią swego rodzaju przewagi konkurencyjnej.

Ponieważ ‘blog’ też ma swoje ograniczenia, nie mam możliwości  zaproponować ćwiczenia do którego potrzebny jest partner w parze. Jednak możesz spróbować samodzielnie. Możesz  przekonać się jak zmienia się percepcja odbioru Ciebie, gdy zmienisz sposób mówienia oraz mowę ciała. Proponuję Ci przez ten tydzień (później również) odbierać telefon z tonem głosu pełnym energii i pogodnego uśmiechu. Podobnie możesz doświadczyć zmiany, gdy podczas każdego powitania się na spotkaniu podasz swojemu rozmówcy rękę energicznie oraz z uśmiechem patrząc mu w oczy. Zaobserwuj co się dzieje. Co się zmienia u rozmówcy? Może nic. Może nic co od razu zauważasz? Zwróć uwagę również co się zmienia u Ciebie? Zachęcam cię do zapisania sobie kilku spostrzeżeń z każdego dnia. Na sam koniec pozostaje tylko przypomnieć jedno z założeń NLP “nie ma błędów są tylko informacje zwrotne”. I właśnie w ten sposób podejdź do obserwacji tego co się będzie działo. Pamiętaj, najlepszym sposobem uczenia się jest praktyka.

Wizualizacja, asocjacja, start!

Wtorek, marzec 2nd, 2010

Już po niej. Zaczęła się tragicznie, skończyła dziką radością. To jej wina, że mam sińce pod oczami i chodzę niewyspana. Toż to czyste szaleństwo, żeby po całym dniu pracy siedzieć do rana przed telewizorem.

Na początku pretekstem były jak zwykle skoki narciarskie i jazda figurowa na łyżwach, a dalej wszystko potoczyło się w myśl powiedzenia: w miarę jedzenia apetyt rośnie. Przypomniałam sobie, że przecież jestem fanką (no proszę to już poziom TOŻSAMOŚCI) narciarstwa alpejskiego, fascynuje mnie saneczkarstwo, slalom gigant, bobsleje. Ale do rzeczy…

Olimpiada Zimowa

Odkładam na bok moje osobiste zachwyty i biegnę podzielić się kilkoma spostrzeżeniami dokonanymi zimnym (hehe;)) okiem profesjonalistki:

Po pierwsze: Narciarze alpejscy na chwilę przed zjazdem. Na ekranie telewizora widać skupioną, rozkołysaną sylwetkę sportowca, alpejki, która z zamkniętymi oczami przemierza w wyobraźni trasę zjazdu. Co robi? Wizualizuje. Zaprasza swoje ciało, żeby zechciało współpracować w idealnej harmonii. Wizualizuje na oczach tysiąca gapiów. Nic nie szkodzi. Dziewczyna jest w tak silnej asocjacji, jak po starcie:  widzi, słyszy i czuje jedynie własne myśli, ciało i trasę.

Obserwuję narciarzy zjazdowych. Na podium stają ci, których sylwetka jest w trakcie jazdy sprężysta, aerodynamiczna, tak jakby tworzyli jedność z otaczającą ich trasą. Tak jakby ciało wiedziało na co się przygotować, jakby ufało sobie i swoim możliwościom. Jakby przewidywało co się za chwilę stanie i godziło się na to. Ostry skręt, długi zjazd, skok…

A potem saneczkarka zapytana jak przygotowuje się do zjazdu odpowiada, że wiele czasu zajmuje jej chodzenie wzdłuż toru i modelowanie w wyobraźni trasy przejazdu i niezbędnego ułożenia ciała, odpowiednie „wchodzenie” w zakręty.

I jeszcze snowboardziści. Kiedy w half-pipe (rynnie?) trwają zawody akrobacji na desce podziwiam ile znajomości własnego ciała trzeba, żeby zechciało tak współpracować. Ale tym razem moja uwaga skupia się jeszcze na czym innym. Na niezwykłej radości, która aż promienieje z zawodników. Przez chwilę zastanawiam się co mi tu nie pasuje (acha, metaprogram na różnice). I już wiem. Patrzę na snowboardzistów i widzę ludzi, którzy przede wszystkim cieszą się po wariacku z tego co robią, a dopiero potem konkurują. Przyglądam się kolejnemu przegrywającemu i widzę jego radość. Ciekawe.

Lubię pracować ze sportowcami, tak jak lubię pracować z muzykami. I jedni i drudzy  dążą do doskonałej harmonii z własnym ciałem. Używają do tego wyobraźni. Nie pytają czy coś się da zrobić, tylko jak to osiągnąć.

Magda Mastalerz

Przekonania fantomowe

Poniedziałek, luty 22nd, 2010

Chciałbym nawiązać do tekstu Łukasza Dąbrówki pt. „Przekonania - ograniczenia czy potencjał dla naszej tożsamości?”, a szczególnie do przykładu zaczerpniętego z artykułu w Rzeczpospolitej dn. 11/01/2010 “Wyspa niewolników nie chce autonomii”:

– Ciągle boję się psów, choć nigdy żaden nie zrobił mi krzywdy – opowiada dozorca w hotelu w Sainte Luce, miejscowości na południowo- zachodnim wybrzeżu Martyniki. Strach przed uwielbianymi przez białych czworonogami zaszczepili w nim rodzice, którzy dostali go w spadku od swoich rodziców i dziadków. Tych, którzy jeszcze pamiętali czasy niewolnictwa, gdy pies był pomocnikiem białych panów, szukającym zbiegłych z plantacji niewolników.

Do wyjaśnień Łukasza chciałbym jeszcze dodać parę moich skojarzeń. Otóż opisywany przykład świetnie ilustruje zjawisko, które niektórzy badacze nazywają „przekonaniami fantomowymi”. Dowiedziałem się o tym przed kilku laty podczas warsztatu, jaki Robert Dilts prowadził w Austrian NLP Training Center w Wiedniu. Robert przedstawił wówczas wyniki jednego z eksperymentów, jaki został przeprowadzony na szympansach. Nie znam niestety bliższych danych na temat tego kto i gdzie dokładnie go realizował, więc nie mogłem dotrzeć do bliższych danych bibliograficznych. Dlatego poniżej przedstawiam opis tego eksperymentu tak (mniej więcej), jak przekazał go Robert.
Grupę małp umieszczono w zamkniętym, lecz przestronnym pomieszczeniu. W jednym miejscu pod sufitem wisiały podwieszone banany – przysmak szympansów. Aby się do nich dostać musiały one wejść po schodach i po prostu po nie sięgnąć. Tak też robiły, w miarę swoich potrzeb. Jednak po pewnym czasie zerwanie banana zaczynało uruchamiać zimne prysznice, które polewały całe pomieszczenie i znajdujące się w nim małpy. Woda szybko spływała przez kratki w podłodze, ale wszystkie osobniki doznawały przykrego szoku termicznego.
Po kilku powtórzeniach tej sekwencji: zerwanie banana – zimny prysznic dla wszystkich, małpy przestały sięgać po banany. Jeśli jednak któraś z nich „się zapomniała”, była powstrzymywana (a jeśli zdążyła zerwać, to karana) przez pozostałe. Wkrótce normą społeczną tej grupy stała się zasada, że nie wolno zrywać bananów, a jeśli któryś z nich zaczynał wchodzić na schody wiodące do podwieszonych pod sufitem owoców, był ostrzegany przez pozostałe osobniki. Wiedział, co go czeka, jeśli się nie podporządkuje.
Wkrótce zaczęto stopniowo zabierać z pomieszczenia po jednym szympansie, a na jego miejsce wpuszczano nowego osobnika, który nie znał wspomnianego zakazu. Szybko się jednak o nim dowiadywał, gdy tylko zaczynał kierować się w stronę bananów. „Edukacja społeczna” przebiegała szybko i skutecznie. Nowe osobniki sprawnie przyswajały sobie tę regułę panującą w grupie, po czym same stawały się jej egzekutorami w stosunku do kolejnych nowych małp wpuszczanych na miejsce „starych”.
W końcu następował moment, kiedy w pomieszczeniu nie było już ani jednej małpy, która fizycznie doświadczyła związku przyczynowo – skutkowego w postaci zerwania banana i następnie zimnego prysznica. To oznacza, że pozostałe w pomieszczeniu małpy nauczyły się zasady społecznej (zakaz sięgania po banany pod groźbą surowej kary) bez powiązania jej z „doświadczeniem referencyjnym”, jak je określa Dilts. Doświadczenie referencyjne to takie, dzięki któremu rozumiemy dane pojęcie czy ideę nie tylko na poziomie powierzchniowym (gramatycznym, językowym czy na poziomie zewnętrznego tylko znaku), ale także na poziomie struktury głębokiej (czucia, akcji, pełnej zmysłowej reprezentacji, wglądu emocjonalnego, integracji poprzez działanie itp.).
W dalszym etapie eksperymentu odcięto dopływ wody do pryszniców. Małpy nadal jednak kierowały się zasadą, że nie wolno zrywać bananów. Mimo, że żadna z tej „generacji” uczestniczącej w końcowej fazie badania nie miała pojęcia, dlaczego istniał ten zakaz. Żadna nie doświadczyła na własnej skórze negatywnych skutków zrywania podwieszonych owoców (oczywiście oprócz sankcji społecznych) „Nie wolno, bo nie wolno”. Tak więc, prysznice były nieczynne, ulubione banany znajdowały się w zasięgu ręki, ale gniły pod sufitem, bo żadna małpa nie odważała się przekroczyć reguły, której nikt już i tak nie rozumiał.

Podsumowując, przekonania fantomowe to takie, które nie są zakorzenione w doświadczeniu danej jednostki czy grupy. Mogą być natomiast przejęte „w spadku” po przodkach, nauczycielach, systemie społecznym itd. Choć przekonania tego typu są przyswajane automatycznie i/lub pod wpływem presji społecznej (w tym rodzinnej), to w wielu przypadkach są one nieadekwatne dla młodszych generacji oraz dla aktualnych okoliczności. A to dlatego, że kształtowały się w innych warunkach historyczno-kulturowych lub w oparciu o specyficzną historię osobistą jakiejś jednostki czy grupy. Jej doświadczenia referencyjne mogą być zupełnie inne, niż np. u potomków, wychowanków itd.
Ile elementów tradycji, religii, nauki, gospodarki i innych dziedzin, a także Twojego własnego systemu przekonań, sposobów oceny, reguł postępowania itp. może być przekonaniami fantomowymi (lub się na nich opierać)? Odpowiedź na to pytanie wymaga uważnego przyjrzenia się sobie i otoczeniu – pod tym właśnie kątem. Jeśli nawet byłby to proces bardziej długotrwały, to i tak opłaca się to zrobić, żeby nasze „banany się nie marnowały”, gdy wystarczy po nie sięgnąć. Życzę smacznego.

Benedykt Peczko

W sprawie naukowych podstaw NLP

Piątek, luty 12th, 2010

Skuteczność metod NLP spowodowała, że od początku jego istnienia zarówno twórcy, jak i kontynuatorzy rozwoju tego systemu, bardziej byli skupieni na praktycznych aplikacjach modeli i metod, niż na poddawaniu ich naukowej weryfikacji. To zupełnie zrozumiałe, bo potrzebujących było i jest wielu, a efekty zastosowania narzędzi NLP obserwowane w bezpośrednim kontakcie z jednostkami, grupami, zespołami, a nawet całymi organizacjami – często bardzo spektakularne – mówiły same za siebie. Po co weryfikować, gdy pacjenci, klienci, współpracownicy czy przyjaciele korzystający z naszego wsparcia są zadowoleni? Czyż to właśnie nie jest weryfikacja? Można na to pytanie odpowiedzieć całkowicie twierdząco. Jest to potwierdzenie dla osoby stosującej NLP, zwłaszcza gdy takie pozytywne efekty powtarzają się w wielu różnych przypadkach.
Nie jest to natomiast wystarczający dowód dla społeczności świata nauki, który kieruje się w tym względzie własnymi kryteriami i procedurami. Jednym z nich jest zaprezentowanie spójnego, logicznego systemu teoretycznego, którym kierujemy się w naszej pracy. Drugim – badania ilościowe (statystyczne) dotyczące najczęściej skuteczności stosowanych metod. I jakkolwiek zróżnicowane badania tego rodzaju, dotyczące NLP były już przeprowadzane od lat 80., to wiele z nich zostało zrealizowanych w sposób nie w pełni poprawny metodologicznie. Dlatego wiele jest w tym względzie do zrobienia.
Osobne badania dotyczą neuro-lingwistycznej psychoterapii (NLPt) i tu rygory badawcze są szczególnie wysokie. Bo przecież chodzi w tym przypadku nie tylko o pomoc w rozwiązywaniu problemów i realizacji celów, ale także o leczenie cierpiących na różnego rodzaju zaburzenia. Ich głównym inspiratorem, inicjatorem i promotorem jest European Association for NLPt.
9 i 10.05.2009 r. odbyło się w Wiedniu kolejne spotkanie robocze EA NLPt, które tym razem było poświęcone w całości naukowym podstawom NLPt (jakkolwiek temat ten przewijał się często podczas tego typu spotkań). Oprócz reprezentanta Polskiego Stowarzyszenia NLPt, w spotkaniu wzięli udział przedstawiciele analogicznych organizacji z Austrii, Niemiec, Francji, Finlandii, Rumunii i Bułgarii. Głównym tematem tego spotkania było pytanie, jak możemy rozwijać koncepcję NLPt? A także określenie następujących zagadnień:
- “Czym dysponujemy obecnie?”
- “Czego brakuje i jak możemy to uzupełnić?”
- “Gdzie i w jaki sposób możemy znaleźć to, czego potrzebujemy dla rozwoju NLPt?”
- “Nowe spojrzenie na teoretyczne, filozoficzne, empiryczne i praktyczne korzenie NLPt”
- “Wzajemne powiązania (w teorii i praktyce) między NLPt i innymi podejściami psychoterapii”
Sformułowanie powyższych pytań miało na celu zainicjowanie dalszych poszukiwań teoretycznych i stymulowanie dalszych badań empirycznych, realizowanych zarówno pod auspicjami EANLPt, jak również w ramach organizacji lokalnych (poszczególnych krajów).
W Polsce prace tego rodzaju znajdują swój wyraz między innymi w postaci przygotowywanego do druku tekstu autorstwa Mirosławy Huflejt - Łukasik i Benedykta Peczko, omawiającego NLPt. Będzie to rozdział opublikowany w VI tomie podręcznika psychoterapii pod red. prof. Lidii Grzesiuk i dra Huberta Suszka, pt. “Szkoły i metody” (Wyd. Eneteia).
W tomie IV tego podręcznika pt. “Integracja” (Wyd. Eneteia) z kolei ukaże się rozdział autorstwa Krzysztofa Krawczyka nt. NLP, przedstawiający ten system jako jedną z pierwszych (o ile nie pierwszą) “szkołę” integracyjnego podejścia do człowieka i integracyjnej metody zmiany, łączącej odkrycia różnych dziedzin.
Z inicjatywy Mirosławy Huflejt - Łukasik przygotowywany jest również przegląd dotychczasowych badań naukowych nad NLP i NLPt oraz ich merytoryczna ocena. Wynik tego opracowania może być m.in. przydatny w procesie projektowania kolejnych programów badawczych dotyczących tych dziedzin. Następnym etapem będzie więc tworzenie i realizacja takich programów.
Działania tego rodzaju są potrzebne nie tylko dla „naukowej satysfakcji” i jako argumenty pozwalające innym systemom wsparcia, wywierania wpływu i wprowadzania zmian docenić NLP i NLPt. Ich wyniki wzbogacą bowiem samych adeptów tych podejść i umożliwią głębsze zrozumienie tego co i jak działa, a co się nie sprawdza w procesie pomagania, komunikacji itp. Wiedza tego typu jest bezcenna, bo jak stwierdził twórca psychosyntezy, Roberto Assagioli – „wszystko, co sobie uświadamiamy, możemy kontrolować; wszystko, czego sobie nie uświadamiamy, kontroluje nas”.

Benedykt Krzysztof Peczko

Kotwiczenie codziennych sukcesów (z pamiętnika ojca)

Wtorek, styczeń 19th, 2010

Było już o moim młodszym synu, czas na pierworodnego - pięciolatka. On też ma swój wkład w rozwój praktycznego NLP.

A było to tak:

dostaliśmy skierowanie na morfologię. Tzn. na pobranie krwi. To dobry moment żeby sobie przypomnieć własne doświadczenia z tego zakresu. A jak nie masz odpowiednio traumatycznych to może słyszałeś drogi czytelniku jakąś mrożącą krew_w_żyłach opowieść z cyklu “przychodzi pacjent na pobranie krwi a tam…”.

W każdym razie szliśmy tam (czyli do gabinetu zabiegowego) spokojnie aczkolwiek mój spokój był wg. mojego świadomego umysłu niczym nieuzasadniony (poza wrodzonym optymizmem co jest mało racjonalnym uzasadnieniem). Mimo tych logicznych podszeptów, że JEST się czego obawiać (a jak będzie się wyrywał, a jak pielęgniarka źle się “wkłuje”, a jak…) szliśmy tam jak na piknik naukowy Wiedzy i Życia.

Ja: Zobaczysz jak wygląda krew… pamiętasz jak oglądaliśmy atlas o ludzkim ciele i tam było narysowane….

Szymon: A tam są te pożeracze bakterii i wirusów? zobaczymy je?

Ja: One są mniejsze nie widać ich bez mikroskopu… itd itp.

Wchodzimy do gabinetu na luzie. Pielęgniarce nasz luz się nie udziela. Nerwowo przygryza usta i pyta czy “on” będzie siedział spokojnie. Odpowiadam z nonszalancją, że tak.

Siadam na fotelu, Szymon u mnie na kolanach. Pani pielęgniarka zakłada gumkę uciskową, nieco oszołomiona naszym (nie wiem czy bardziej Szymona czy moim) spokojem wkłuwa się. Szymon mówi: O jaka czerwona. Pani mało nie mdleje z wrażenia. Po czym chwali moją latorośl za dzielność i odwagę i w ogóle. Jeszcze tylko nalepka “dzielny pacjent” z logo międzynarodowego koncernu farmaceutycznego i wychodzimy.

Chwalę. Wyrażam uznanie. Mówię, że niektórzy ludzie nie lubią, a ty sobie wspaniale poradziłeś itp. itd. Jesteś naprawdę dzielny!

Jakiś czas później…

Szymon się przewrócił. Reakcja od “dzielności” odległa jak północ od południa…

Mówię: A pamiętasz jaki byłeś dzielny jak ci pani pobierała krew? Pamiętasz jaka była czerwona a ty byłeś taki dzielny? Widzę zmieniającą się reakcję fizjologiczną. Koniec “mazgajenia się”. Okazało się, że jednak nic się nie stało. Można samodzielnie się podnieść i wcale nie boli. I ogólnie to jest OK. I można wrócić do zabawy. Proponuję, że możemy zrobić taki przycisk, dzięki któremu będziesz dzielny jak tylko będziesz chciał. OK. No to gdzie? Może na uchu? Dobra, no to przypomnij sobie jaki byłeś dzielny wtedy gdy pani pobierała ci krew. Zmiana fizjologiczna na twarzy i na ciele. Dotykam ucha. Za jakiś czas doładowujemy naszą kotwicę dzielności.

Jakiś czas później. Szymonowi coś się nie udało i płacze i użala się nad sobą…

Ja: Włączmy przycisk dzielności.

Szymon: Uhmmm…

Dotykam ucha… Szymon sie uspokaja.

Szymon: Możesz mi pomóc? Spróbuję jeszcze raz…

PS.

Po kilku dniach… W czasie kąpieli moi synowie naciskali sobie nawzajem nos i mówili przy tym “biiip” i rechotali. Bardzo inteligentna rozrywka, nieprawdaż? Przy okazji zlali całą łazienkę.

Gdy wszedłem po chwili nieobecności, a moja mina nie zdradzała zachwytu Szymon stwierdził, że naciśnie MÓJ nos bo tam jest “przycisk dobrego humoru”…

PS2.

Przyciski działają. Zarówno starszy jak i młodszy syn sami korzystają z “przycisków” zwłaszcza dobrego humoru. Co prawda często uciekają się do obrzydliwego manipulanctwa i usiłują uruchomić przycisk dobrego humoru u swojego szanownego ojca lub matki w czysto partykularnych interesach…

PS3.
Czuję, że wystarczy tego pisania o dzieciach - w końcu ile można :-) ? Moj następny wpis będzie zatem na temat neurologicznych podstaw technik typu zmiana historii osobistej, reimprinting, praca z emocjami na linni czasu, itp.

O pożytkach z systemów reprezentacji

Poniedziałek, styczeń 11th, 2010

Mój młodszy syn ma 3 lata. 3 i pół. Głową to już dawno sięga ponad stół. Sięga też do lodówki kiedy jest głodny i sam wyjmuje sobie ulubione rzeczy do jedzenia. Potrafi sobie posmarować kanapkę tym czym akurat chce. Potrafi włączyć komputer i włożyć płytę do odtwarzacza. Taki ogólnie samodzielny jest. Z jednym małym wyjątkiem.

Nocnik.

Ten sprzęt nie budził w moim dziecku należytego zainteresowania. Należytego z punktu widzenia rodziców oczywiście. Mój syn miał na głowie ważniejsze rzeczy niż pamiętanie o, jakże prozaicznych w porównaniu z zabawą w piratów, albo układaniem wieży z 37 drewnianych klocków, albo bębnieniu, albo byciu nietoperzem który wisi głową w dół na piętrowym łóżku, albo… Zaraz, o czym to ja pisałem? A o tym, że nie pamiętał o jakże prozaicznej sprawie jaką jest załatwianie się w miejscu ogólnie do tego przyjętym. Przynajmniej w pewnym momencie zakładaliśmy z żoną, że “nie pamięta”.

Do przedszkola szliśmy z zapasem 3 par spodni + majteczki + bluza + skarpetki. Na spacer z plecakiem wypełnionym 1/5 zawartości szafy. Pralka chodziła na okrągło. My też. Zmieniając coraz bardziej nieskuteczne strategie: racjonalnego tłumaczenia na przebieranie bez komentarza, tę z kolei na nie reagowanie i czekanie aż sam zwróci uwagę, że mokro (wyjątkowo nieskuteczna i nieekologiczna dla otoczenia), następnie strategię “utrudniania” i “szukania rozwiązań” (widziśz mokro, co teraz możemy zrobić? - acha przebrać się… gdybyś był suchy już mógłbyś się bawić itd.) Ta ostatnia strategia również była nieekologiczna. Jako że nasze dziecię ma tendencje do samodzielności postanowiło pewnego pięknego dnia uporać się z problemem tzw. “grubszego kalibru” samodzielnie. Zwabiony odgłosami wody wypełniającej umywalkę wszedłem do łazienki i zastałem mego syna piorącego swoje ubranie. Fajnie się potem czyściło łazienkę, wierzcie mi…

Aż pewnego pięknego dnia (i jakże brzemiennego w skutkach), kiedy już prawie byłem w stanie uwierzyć, że to wszystko spisek i celowe działanie i rozpacz moja sięgała dna…

No ale, szanowny czytelniku czy już wiesz co łączyło wszystkie te nieskuteczne strategie?

Ple, ple, ple… I nie chodzi mi tu bynajmniej o wiedźmę Pleple.

Zatem tego pięknego dnia postanowiliśmy z żoną przejść na system słoneczkowy. Tzn. przy każdym pomyślnym załatwieniu się rysować na kartce przyklejonej w toalecie uśmiechnięte słoneczko. A przy “wpadce” słoneczko ze skrzywioną miną. Obrzydliwie proste. I takie obrzydliwie behawioralne. Nie bardziej behawioralne chyba niż gadanie. Albo pokazywanie konsekwencji (nie możesz się teraz bawić - kto jest mokry potrzebuje się przebrać).

I wyobraź sobie czytelniku zadziałało. Właściwie już drugiego dnia 100% sukces. Oczywiście drobne wpadki się zdarzały. Ale tendencja była typu jedna porażka na 5 sukcesów. A i skala porażki była mniejsza. I w przedszkolu też działa.

Czasem warto napisać. Narysować. A nie tylko gadać. Naprawdę są tacy co wolą zobaczyć niż usłyszeć.

PS.
Byłbym zapomniał. Pewnego dnia Karol zażądał żeby zamiast słoneczek rysować księżyce. “Wesołe” i “złe” jak to sam określił. A tym “złym” dorysował promienie. Co nie zmieniło funkcjonalności systemu.

Uważność i ruchy gałek ocznych - inspiracje warsztatem Myli i Jona Kabat-Zinn

Środa, listopad 4th, 2009

W czerwcu na zaproszenie Polskiego Towarzystwa Mindfulness gościł w Polsce prof. Jon Kabat-Zinn oraz jego żona Myla Kabat-Zinn. Miałem przyjemność uczestniczyć w prowadzonym przez nich warsztacie na temat uważnego rodzicielstwa. Zaiteresowanych tematem odsyłam do książki “Dary codzienności - poradnik uważnego rodzicielstwa”.

W trakcie warsztatu, Jon i Myla zaprosili uczestników do ćwiczenia uważności. Jedno z ćwiczeń polegało na uważnej rozmowie i uważnym słuchaniu. W jego trakcie mieliśmy po prostu słuchać tego, co ma do powiedzenia druga osoba, a ona miała opowiedzieć o czymś, z czym się zmaga we własnej rodzinie, w odniesieniu do dzieci, partnera, przyjaciół, rodziców. Chodziło o to, żeby to było coś istotnego i niebłahego. We wprowadzeniu do ćwiczenia Jon zapytał czy są na sali terapeuci, coachowie i inni “pomagacze”. Poprosił, żeby szczególnie te osoby zrezygnowały z “potakiwania, kiwania głową, <<yhm>>, szukania rozwiązań i tworzenia w głowie potencjalnych rozwiązań”. Każda z osób miała mówić przez 5 minut, potem chwila milczenia i zmiana. Mówiłem jako pierwszy.

Odniosłem się do tego co odkryłem w czasie poprzedniego ćwiczenia z tego warsztatu - czułem, że było to coś ważnego, jakiś wgląd, który cały czas pozostawał poza słowami. Gdy o tym mówiłem, miałem świadomość że moje oczy wędrowały od lewej strony (wspomnienia wzrokowe, słuchowe, dialog) do prawego górnego rogu (twórcze tworzenie)i kończyły na prawym dolnym. Miałem świadomość przenoszenia od zapamiętanego doświadczenia do twórczego odkrycia a na koniec do sprawdzenia jak mi się te wnioski podobają, na ile mnie satysfakcjonują. Ok. Może nic nowego: schemat podobny do metody “jak gdyby”.

Chwila milczenia, znów skupiamy się na oddechu, odczuciach z ciała, tym co słyszymy wokół.

Po chwili zaczyna moja rozmówczyni. Pamiętam o słowach Jona “żadnego potakiwania, radzenia, ‘uhm’, dodawania: ‘o ja mam tak samo’ i porozumiewawczych uśmiechów, itp.”. Słucham. Moja rozmówczyni opowiada o swoich rozterkach w wychowaniu 11-letniego syna. Moje dzieci są młodsze, ale niektóre sytuacje i doświadczenia mamy wspólne. Jak to rodzice… Na niektore tematy mam jakieś zdanie, jakieś opinie, jakieś. Słucham i nagle czuję jak wzrok ucieka mi na lewo w dół i potem natychmiast wędruje w prawo górę. Łapię się na tym, że właśnie zadałem sobie pytanie i zacząłem szukać na nie odpowiedzi. Hmmm… co prawda nic nie powiedziałem… ale co ze słuchaniem?

No więc wracam uwagą i słucham dalej. Teraz także zwracam uwagę na to co słyszę, jak to jest mówione, na ruchy gałek ocznych mojej rozmówczyni, na swoje ciało i oddech, ale także na swoje ruchy gałek. A właściwie to mam postanowienie, żeby po prostu patrzeć na osobę przede mną - mam wzbudzoną intencję widzenia jej i słyszenia. Ilekroć zaczynam czuć, że wzrok gdzieś mi leci (najczęściej schemat lewo dół - prawo góra, lub lewo góra - prawo góra, zapewne wiecie co to znaczy :-) ), odnotowuję to i kieruję moją uwagę na osobę przede mną. Po zakończeniu słuchania mam odczucie lekkości. Nie jestem zmęczony. Mam wrażenie zrozumienia tego zostało powiedziane w mojej obecności.

Zapewne rola “aktywnego słuchania” jest nie do przecenienia - dla mnie warto się było przyjrzeć na ile to co nazywam aktywnym sluchaniem oddala mnie od prawdziwego aktywnego słuchania…

Dzięki zwróceniu uwagi na to, że ruch gałkek ocznych minimalnie wyprzedza “wyprodukowanie” myśli, pytania, osądu, mam jak się wydaje, konkretną metodę ćwiczenia uważności w słuchaniu, w kazdym kontekście.

Dzięki Jon! Dzięki Myla!

cdn.