Wpisy otagowane ‘metaprogramy’

Avatar, The Hurt Locker i Oscary – z perspektywy NLP

Sobota, kwiecień 3rd, 2010

Kiedy przed laty obejrzałem wraz z Peterem Wryczą Truman Schow z Jimmem Carreyem w roli głównej, po raz pierwszy nauczyłem się dokonywać całościowej, NLP-owskiej analizy filmów. Peter, Jeden z pierwszych brytyjskich trenerów NLP (obecnie prowadzi swoje centrum treningowo-odosobnieniowe Nirathra na Wyspie Bali), perfekcyjnie opisał tamten film w kategoriach poziomów neuro-logicznych, systemów reprezentacji i innych metaprogramów, pozycji percepcji, przeformułowań itd. Byłem pod wielkim wrażeniem, jak bardzo może być wzbogacona percepcja filmów dzięki takim umiejętnościom. Od tamtej pory oglądanie filmów (nawet kreskówek), sztuk teatralnych, czytanie książek, gazet, stron internetowych itd. jest dla mnie okazją do dodatkowego treningu. A poza tym pozwala dostrzegać takie aspekty i wymiary tych przekazów, które zwykle są niedostępne dla laików w dziedzinie NLP. W niniejszym tekście chciałbym podzielić się swoimi obserwacjami dotyczącymi ostatnich wydarzeń w kinematografii, a szczególnie w Amerykańskiej Akademii Filmowej.

Jak wiemy, faworytem filmowym komisji przyznającej tegoroczne Oscary okazał się film pt. The Hurt Locker, przedstawiający losy saperów amerykańskich w Iraku. Dla wielu kinomanów i krytyków filmowych było to sporym zaskoczeniem, bo wydawało się, że Avatar Jamesa Camerona jest absolutnym hitem i nie ma żadnego konkurenta. Jednak jeszcze przez rozdaniem nagród zaczęło być wiadomo, że „wygra” konkurent Avatara.
Nadal trwają spory i krzyżują się argumentacje na temat tego, który film „zasłużył” na nagrodę, a który nie. Oraz dlaczego komisja podjęła taką a nie inną decyzję. Nie zamierzam tutaj wdawać się w tę dyskusję, lecz podam na początek garść szczegółów dla zarysowania kontekstu, dla ukazania „środowiska”, w jakim sprawa się rozegrała. Znajomość ram odniesienia ma kluczowe znaczenie nie tylko w NLP.
Przede wszystkim trzeba podkreślić, że przyczyny są bardzo zróżnicowane i złożone, i dotyczą samych fundamentów filmowej korporacji oraz zasad, jakimi się ona kieruje. Chris Ayres i Kate Muir z The Timesa stwierdzają, że przyznawanie Oskarów, to „brudna wojna o sławę, wielkie pieniądze i nieśmiertelność”, a właściwie jej namiastkę (Polska, 6-7.03.2010). Stawka jest wysoka – prestiż, reklama, wyższe honoraria dla nagrodzonych itp. Dlatego zdaniem wspomnianych dziennikarzy, niezależnie od maski pięknych, medialnych uśmiechów „rywale bez skrupułów zadźgaliby się nawzajem – gdyby tylko taki akt gwarantował otrzymanie upragnionej statuetki”. Sformułowanie pewnie przesadne, ale faktem jest, że producent The Hurt Locker, Nicolas Chartiere (Francuz) tuż przed końcową decyzją rozsyłał do osób wpływowych maile, które miały na celu zdyskredytować Avatara i do niego zniechęcić. Z tego tytułu, choć jego produkcja „wygrała”, dostał oficjalny zakaz uczestniczenia w gali wręczenia nagród. Kara symboliczna, lecz to i tak pierwszy taki przypadek w historii tej instytucji, świadczący o tym, jak bezpardonowy charakter przybrała ta rywalizacja.

Ciemne chmury nad Avatarem i Cameronem zaczęły się zbierać wkrótce po wejściu tego filmu na ekrany. Jako pierwsza zareagowała armia USA, wyrażając swoje oburzenie, że Cameron przedstawia „dzielnych amerykańskich żołnierzy, walczących z narażeniem życia o demokrację na całym świecie, jako bezwzględnych morderców, ślepo posłusznych machinie militarno-przemysłowej” (to też doniesienie z dziennika Polska, ale gdzieś podziałem ten numer). Z kolei niektóre organizacje murzyńskie doszły do wniosku, że niebiescy bohaterowie filmu z planety Pandora, to w rzeczywistości czarni, których znowu ratuje jakiś białas, a to jest dla nich obraźliwe. Więc domagają się przeprosin za ten zawoalowany rasizm (to nie żart). Wątek ten skwapliwie podchwycił Slawoj Żiżek, filozof słoweński, określany jako czołowy przedstawiciel lewicy europejskiej. „Znowu szlachetny biały ratuje squaw i jej lud”, co jest „imperialistycznym stereotypem” – dochodzi do wniosku Żiżek („Powrót dzikich”, Forum, 15-21.03.2010). A przy okazji stawia Cameronowi zarzut popełnienia plagiatu, do którego ten rzekomo wykorzystał historię o Indiance Pocahontas, sfilmowaną wcześniej i jako film rysunkowy i fabularny (jak dotąd nikt nie podjął tego absurdalnego oskarżenia).

Czytając i słysząc takie opinie, najpierw myślałem, że śnię, i to bardzo paradoksalnie. W końcu doszedłem do wniosku, że ich autorzy w rzeczywistości nie mówią o filmie, tylko o sobie, o swoich mapach, preferencjach, uprzedzeniach, lękach, halucynacjach a także metaprogramach i innych rodzajach filtrów, przez które przepuszczają informacje. Dlatego jeśli teraz zapoznaję się z opiniami dziennikarzy, krytyków, „intelektualistów” na temat książki czy filmu, to nie po to, by dowiedzieć się czegoś o przedmiocie ich wypowiedzi, tylko by zobaczyć JAK oni to robią, w jaki sposób formułują swoje wnioski, co wyprawiają przy tym z meta-modelem, jakie ujawniają przekonania, na jakich ukrytych założeniach się opierają itd. To bardzo ciekawe studia przypadków. Szkoda tylko, że ci autorzy najwyraźniej nie mają pojęcia, co to jest meta-pozycja; że krytycy tak bardzo asocjują się ze swoją mapą, iż tracą krytyczny stosunek do swojej krytyki.

Ze wszystkich zarzutów najbliższy jest chyba ten o przesłaniu Avatara, które ukazuje bez upiększeń wspomniany „kompleks militarno-przemysłowy” USA. Takich rzeczy „nie wolno” pokazywać, ani o nich mówić, więc Cameron bardzo się naraził. Na czarnej liście armii znajduje się już wiele produkcji, jak Czas Apokalipsy, Pluton, Full Metal Jacket, a z nowszych - Jarhead i im podobne, które pokazują oblicza wojny bez propagandowego makijażu. Wpływy tego kompleksu na kinematografię są ogromne, o czym świadczy m.in. cenzura i zablokowanie projekcji filmu Briana De Palmy z 2007 r. pt. Redacted o jednym z nieznanych i niesławnych dla armii USA epizodów wojny w Iraku.
Jednak Avatar nie opisuje jakiegoś epizodu, lecz – metaforycznie oczywiście – zderzenie cywilizacji, typów mentalności, systemów wartości. Nie trzeba być geniuszem, żeby dostrzec tu analogie np. do zagłady Indian obu Ameryk i ich kultur, podboju przez białego człowieka Australii, Afryki, a obecnie - działania USA na Środkowym Wschodzie. We wszystkich tych przypadkach motorem napędowym był „zysk ponad ludzi”, jak głosi tytuł jednej z książek Noama Chomsky’ego. A także ograniczoność takiego patrzenia na świat.

Wyraźnie jednak zarówno krytycy, jak i zwolennicy Avatara pomijają w swoich sporach kluczowy – przynajmniej z punktu widzenia NLP – element tego filmu: proces przemiany głównego bohatera, Jake’a Sully’ego. Oto Jake zostaje przeniesiony do zupełnie nowego środowiska, w którym trzeba zachowywać się inaczej, niż sposoby, do których przywykł (przekroczenie nawyków). Do tego potrzebne były zupełnie nowe umiejętności, które potrzebował dopiero rozwinąć. Ponieważ znalazł się na nieznanym terenie, to musiał też zbudować pasującą do niego mapę, która umożliwiłaby mu przetrwanie. Odkrył także diametralnie różną mapę świata tubylców Na’vi (przekonania), która stanowiła nie lada wyzwanie dla jego mentalności ukształtowanej przez materialistyczno-technicystyczne środowisko, z którego się wywodził. Jego sposób myślenia zaczął się stopniowo, lecz istotnie zmieniać. Przyszedł moment, kiedy Jake doświadczył silnego konfliktu wewnętrznego, także na poziomie wartości. I dokonał wyboru, który ten konflikt rozwiązał. W końcu zyskał nową tożsamość i odkrył swoją misję, która przekroczyła wszystkie jego wcześniejsze, pojedyncze cele. Grunt do tej ostatniej transformacji był już dobrze przygotowany, ponieważ Jake rozwinął nowe relacje z sobą samym, ze współplemieńcami oraz ze światem, którego stał się integralną częścią. Co więcej, zarówno w procesie przemiany, jak i podczas walki o swój nowy dom, wykorzystał wszelkie zbudowane w przeszłości zasoby. Łatwo można zidentyfikować fazę dostrojenia Jake’a do Na’vi, a potem prowadzenia – ku nowym rozwiązaniom.
To m.in. dlatego film oddziaływuje tak silnie na widzów, którzy świadomie, czy też nie, rezonują na ten przekaz. Jeśli bliżej się temu przyjrzeć, to możemy znaleźć tu wiele z „podróży bohatera” opisywanej przez mity, legendy i baśnie, a przez Roberta Diltsa włączonej do zestawu metod NLP, coachingu itp.
Avatar ma oczywiście także wymiar socjologiczny i polityczny, który wywołuje silne reakcje u wielu przedstawicieli tych dziedzin. Jednak fakt, że widz ma możliwość tak łatwej identyfikacji z głównym bohaterem wynika właśnie z tego, że jego droga jest metaforą drogi, jaką każdy ma pewnie do przejścia, jakkolwiek w różnych aspektach swojego życia (i na szczęście chyba w sposób nie aż tak dramatyczny). Permanentne pomijanie w sporach tego wymiaru filmu, okrutnie go okalecza i spłyca.

A The Hurt Locker? To film wyreżyserowany przez Kathryn Bigelow, byłą żonę Camerona. Ostatnio zarzucano Amerykańskiej Akademii Filmowej „męski szowinizm”, „seksizm” itp. i krytykowano ją za niemal skrajne faworyzowanie mężczyzn - reżyserów, producentów itp. (Kira Cochrane „Nominacje skażone płcią”, Forum, 1-7.03.2010). To bardzo nieprzyjemna etykietka, zwłaszcza dla środowiska, które chce uchodzić za postępowe pod każdym względem. Zapewne te zarzuty pod wieloma względami są słuszne, jednak nie powinny decydować o przyznaniu nagrody lub nie. W tym przypadku powinny być brane pod uwagę tylko wartości bezpośrednio związane ze sztuką filmową, a nie polityka dotycząca płci. Postarano się więc o „racjonalne” uzasadnienia. I tak, okrzyknięto ten film jako „wyjątkowy, bo wolny od polityki”, bo nie opowiada się ani za, ani przeciw wojnie w Iraku. „Jest lepszy, niż jakikolwiek dokument o wojnie w Iraku”, „jest klarowny i bezpretensjonalny” (cytuję za: John Pilger „Dlaczego Oscary to ściema? Tegoroczne nominacje to parada propagandy i stereotypów”, Forum, 1-7.03.2010). Autorem przytoczonego artykułu jest były korespondent wojenny w Wietnamie. Komentuje on wspomniane zachwyty następująco: „Co za nonsens. Ten film to kolejna odsłona psychopatycznego napawania się przemocą w czyimś kraju, gdzie śmierć milionów ludzi popada w filmowe zapomnienie. Cała wrzawa wokół Bigelow wynika z tego, że może być ona pierwszą reżyserką nagrodzoną Oskarem. Cóż za obelga – że kobieta jest fetowana za film przepełniony iście męską przemocą.”

Rzeczywiście, z perspektywy NLP nie da się zaakceptować stwierdzenia, że film jest „neutralny politycznie”. Powód? Cała fabuła, dialogi, akcja są przedstawione tylko i wyłącznie z pierwszej (amerykańskiej) pozycji percepcji. To zresztą zabieg powszechnie stosowany w Hollywood. W produkowanych tam filmach wojennych giną setki i tysiące „wrogów”, ale gdzieś w tle. Dramaty rozgrywają się, gdy jeden czy drugi marines zostanie postrzelony, lub co gorsze – w końcu umiera. Najczęściej z patriotycznym wyznaniem na ustach, typu „cieszę się, że umieram za ojczyznę” (jak np. w Byliśmy żołnierzami z Gibsosnem w roli głównej). Do nielicznych wyjątków należy film Clinta Eastwooda Listy z Ivo Yimy, który ukazuje obronę tej wyspy z drugiej pozycji percepcji, z punktu widzenia Japończyków (uzupełnia on inny film Eastwooda Sztandar chwały, przedstawiający z kolei zajęcie tej wyspy z pozycji Amerykanów).
A poza tym, The Hurt Locker nie ma żadnego, dosłownie żadnego przesłania. Może poza jednym, że tym, którzy byli na wojnie trudno zaadoptować się po powrocie do domu. No, odkrycie to to nie jest i na pewno nie powód do nominacji. Efekty specjalne? Nie umywają się np. do Szeregowca Ryana, choć sceny oddane z dużym realizmem. Skoro jednak mowa o realizmie, to ten film pozostaje daleko w tyle za serialem Deadwood, gdzie podczas oglądania, jak to określiła znajoma, prawie można czuć zapach postaci i tytułowego miasteczka. Tak czy inaczej, technika filmowa The Hurt Locker to „epoka kamienia łupanego” w porównaniu z Avatarem.
Za co zatem nagroda? Przed jej przyznaniem w kręgach Akademii krążyły również opinie, że Cameron już swoje otrzymał (za Titanica itp.), więc byłoby niezręcznie znowu go nagradzać. A poza tym Avatar już i tak bije rekordy w oglądalności i korzyściach finansowych. Więc… Resztę można sobie dopowiedzieć. Skoro Obama mógł dostać Pokojową Nagrodę Nobla, to dlaczego The Hurt Locker nie miałby otrzymać Oscara?

NLP pozwala rozwijać większą, niż przeciętna niezależność myślenia. To wielka wartość w czasach zalewu rozmaitych opinii, komentarzy, interpretacji, „prawd do wierzenia podawanych”. Mam nadzieję, że uda mi się Was, drodzy Czytelnicy zachęcić do samodzielnej oceny tego informacyjnego, a często dezinformacyjnego materiału, w którym jesteśmy zanurzeni. Również tego filmowego. Dysponujecie użytecznymi narzędziami i bogatszą perspektywą. Warto robić z tego użytek, także oglądając filmy. Miłej zabawy.

Benedykt Peczko

Konferencja “Unikalność Pacjenta”

Poniedziałek, marzec 22nd, 2010

Właśnie wróciliśmy z konferencji w Krakowie. Jako Polskie Stowarzyszenie Neuro-Lingwistycznej Psychoterapii (PSNLPt) znaleźliśmy się w gronie współorganizatorów razem z Krakowskim Kołem Psychoanalizy Nowej Szkoły Lacanowskiej, Kołem Warszawskim Szkoły Europejskiej Psychoanalizy, Polskim Towarzystwem Psychoterapii Gestalt oraz Polskim Towarzystwem Psychoterapii Integratywnej.

Chcę na świeżo podzielić się kilkoma spostrzeżeniami. Po pierwsze: to bardzo ważny moment w historii polskiej psychoterapii. Otóż spotkały się ze sobą podejścia, które w swych założeniach teoretycznych różnią się niejednokrotnie zasadniczo. Jednak potrafiły znaleźć punkt styczny w swoich mapach świata( patrz tytuł) i zorganizować konferencję . Tym samym zostało stworzone fantastyczne pole wymiany myśli i doświadczeń.

Pamiętacie pierwsze impulsy Bandlera i Grindera, które dały podwaliny NLP? Pomimo różnic teoretycznych w tym co skuteczne, znaleźć to co działa.

Uczestnicząc w wystąpieniach miałam wrażenie, że mówimy wieloma językami, w gruncie rzeczy o tym samym. O tym, że kontakt człowieka z człowiekiem może leczyć, wspierać w rozwoju, czasem w ogóle pozwolić osobie zaistnieć.

Kilka razy złapałam się na myśleniu, że przedstawiciele psychoanalizy Lacanowskiej posługują się bardzo hermetycznym językiem, z wieloma specyficznymi słowami. Każde z osobna słowo rozumiem, ale ogólny sens zdań potrafi mi umknąć. To wrażenie zostało złagodzone, gdy z drugiej pozycji percepcji wyobraziłam sobie, co słyszą inni gdy to my, używamy naszego NLPowskiego żargonu: zasoby, poziomy neurologiczne, kanały reprezentacji zmysłowej etc…

Zauważyłam też ciekawy moment, mniej – więcej po dwóch godzinach wystąpień. Ktoś zaczął dyskusję od sformułowania: „ Chociaż z wielkim trudem, ale jednak będziemy usiłowali, żeby udało nam się znaleźć, te miejsca, które mówią o PODOBIEŃSTWACH naszych podejść psychoterapeutycznych”. Odwróciłam się do Benka Peczko i z uśmiechem powiedziałam, że ja w tej właśnie chwili staram się z całych sił znaleźć jakiekolwiek oprócz językowych RÓŻNICE. Bo na razie mam wrażenie, że sposoby bycia w relacji z pacjentem i opisywane techniki są sobie bardzo bliskie. Czy to było zderzenie dwóch metaprogramów ?

Tak czy inaczej otarłam się o sprawę kluczową dla rozwoju każdej tożsamości. Także dla tożsamości szkół psychoterapeutycznych. Różnice i podobieństwa.

Żeby wiedzieć kim się jest trzeba wiedzieć co nas od innych odróżnia. Żeby móc wychodzić ku innym, trzeba również posiąść umiejętność dostrzegania podobieństw.

Mam nadzieję, że spotkamy się na jakiejś konferencji, co Wy na to?

Wizualizacja, asocjacja, start!

Wtorek, marzec 2nd, 2010

Już po niej. Zaczęła się tragicznie, skończyła dziką radością. To jej wina, że mam sińce pod oczami i chodzę niewyspana. Toż to czyste szaleństwo, żeby po całym dniu pracy siedzieć do rana przed telewizorem.

Na początku pretekstem były jak zwykle skoki narciarskie i jazda figurowa na łyżwach, a dalej wszystko potoczyło się w myśl powiedzenia: w miarę jedzenia apetyt rośnie. Przypomniałam sobie, że przecież jestem fanką (no proszę to już poziom TOŻSAMOŚCI) narciarstwa alpejskiego, fascynuje mnie saneczkarstwo, slalom gigant, bobsleje. Ale do rzeczy…

Olimpiada Zimowa

Odkładam na bok moje osobiste zachwyty i biegnę podzielić się kilkoma spostrzeżeniami dokonanymi zimnym (hehe;)) okiem profesjonalistki:

Po pierwsze: Narciarze alpejscy na chwilę przed zjazdem. Na ekranie telewizora widać skupioną, rozkołysaną sylwetkę sportowca, alpejki, która z zamkniętymi oczami przemierza w wyobraźni trasę zjazdu. Co robi? Wizualizuje. Zaprasza swoje ciało, żeby zechciało współpracować w idealnej harmonii. Wizualizuje na oczach tysiąca gapiów. Nic nie szkodzi. Dziewczyna jest w tak silnej asocjacji, jak po starcie:  widzi, słyszy i czuje jedynie własne myśli, ciało i trasę.

Obserwuję narciarzy zjazdowych. Na podium stają ci, których sylwetka jest w trakcie jazdy sprężysta, aerodynamiczna, tak jakby tworzyli jedność z otaczającą ich trasą. Tak jakby ciało wiedziało na co się przygotować, jakby ufało sobie i swoim możliwościom. Jakby przewidywało co się za chwilę stanie i godziło się na to. Ostry skręt, długi zjazd, skok…

A potem saneczkarka zapytana jak przygotowuje się do zjazdu odpowiada, że wiele czasu zajmuje jej chodzenie wzdłuż toru i modelowanie w wyobraźni trasy przejazdu i niezbędnego ułożenia ciała, odpowiednie „wchodzenie” w zakręty.

I jeszcze snowboardziści. Kiedy w half-pipe (rynnie?) trwają zawody akrobacji na desce podziwiam ile znajomości własnego ciała trzeba, żeby zechciało tak współpracować. Ale tym razem moja uwaga skupia się jeszcze na czym innym. Na niezwykłej radości, która aż promienieje z zawodników. Przez chwilę zastanawiam się co mi tu nie pasuje (acha, metaprogram na różnice). I już wiem. Patrzę na snowboardzistów i widzę ludzi, którzy przede wszystkim cieszą się po wariacku z tego co robią, a dopiero potem konkurują. Przyglądam się kolejnemu przegrywającemu i widzę jego radość. Ciekawe.

Lubię pracować ze sportowcami, tak jak lubię pracować z muzykami. I jedni i drudzy  dążą do doskonałej harmonii z własnym ciałem. Używają do tego wyobraźni. Nie pytają czy coś się da zrobić, tylko jak to osiągnąć.

Magda Mastalerz