Wpisy otagowane ‘emocje’

POLITYKA, MEDIA I „RZECZYWISTOŚĆ” cz. 2

Niedziela, czerwiec 27th, 2010

Public Relations i gra na emocjach


Nie handlujemy obrazami, lecz rzeczywistością
– Edward L. Bernays, „ojciec” nowoczesnego PR i reklamy

Kilka dni przed I turą ostatnich wyborów prezydenckich, podczas wizyty w salonie prasowym usłyszałem taką oto wypowiedź sprzedawczyni do klientki, najwyraźniej znajomej osoby: „Belgijski komentator stwierdził, że u nich kampanie wyborcze są pełne akcji i atrakcji, coś się dzieje, a ta nasza debata niedzielna z udziałem głównych kandydatów była zbyt grzeczna, nudna, nijaka i mdła. Nic się nie działo. To ma być kampania?” Ton, jakim sprzedawczyni to mówiła mógł wskazywać, że zasadniczo zgadza się z tą opinią, a jej znajoma klientka odruchowo potakiwała. Zwykle nie angażuję się w tego typu rozmowy, ale tym razem stało się inaczej. Zareagowałem spontanicznie, a moja wypowiedź jakoś popłynęła sama. Wyjaśniłem więc paniom, że z racji zawodu (psycholog itd.) od ćwierć wieku zajmuję się tematyką komunikacji międzyludzkiej i wywierania wpływu. Oraz że wiem, także od samych dziennikarzy, że gdy „nic się nie dzieje”, „krew się nie leje” (oraz pot i sperma, jak by chciał jeden z czołowych krajowych harcowników politycznych), to jest to jeden z największych koszmarów dla mediów. A to dlatego, że obecnie „dziennikarstwo agresywne” sprzedaje się najlepiej. I jak tu dużo sprzedawać, przyciągać uwagę, zwiększać oglądalność i poczytność (nie mylić z poczytalnością), gdy jest… spokojnie, może trochę bardziej merytorycznie, a okrwawione topory wojenne zostają w większości zakopane, choćby nawet i płytko? I jak w tych staraniach o klientów (odbiorców) i rząd ich dusz prześcignąć konkurencję? Dramat!
Kiedy to mówiłem, panie patrzyły na mnie szeroko otwartymi oczyma, jakby w lekkim transie (widać moja reakcja je zaskoczyła) i mimowolnie potakiwały. Więc wyraziłem jeszcze swoją opinię, że to fatalna sytuacja, gdy dziennikarze i media starają się tak bardzo dolewać benzyny do ognia konfliktów politycznych, często wchodząc w pozycję strony, i w istocie przestając pełnić swoją rolę informacyjną. Oraz tracąc umiejętność zachowania odpowiedniego dystansu i bezstronności. Wygląda bowiem na to, że dziennikarze sami stali się tak uzależnieni od adrenaliny i pobudzania jej u odbiorców, że już nie potrafią rzeczowo, rzetelnie i atrakcyjnie prezentować zdarzeń i sytuacji, niezależnie od ich klimatu emocjonalnego, dynamizmu itp. Co więcej, język i styl prasy tzw. „opiniotwórczej” (ale także różnych telewizyjnych talk show) znacznie zbliżył się do „sensacyjności” i wulgaryzmów w tabloidach. A to wszystko niestety przesądza o jakości programów i artykułów, i z kolei wywiera potężny wpływ na obywateli. Także na poziom kultury (a często jej braku).
Cieszę się, że to powiedziałem i że w widoczny sposób te spostrzeżenia dały do myślenia obu paniom. Rozstaliśmy się z uśmiechami na ustach. To krótkie wydarzenie zainspirowało mnie jednak do dalszych refleksji i wzmożonych obserwacji, którymi chciałbym podzielić się w tym tekście i następnych.

Jako pierwsze rzuca się w oczy, jak ważnym elementem oddziaływań medialnych jest pobudzanie określonych emocji u odbiorców. W NLP traktujemy emocje jako informacje zwrotne, które organizm przekazuje nam w odniesieniu do stanu wewnętrznego, w jakim się znajdujemy (także stanu zdrowia), do poziomu zaspokojenia naszych potrzeb, realizacji naszych wartości itd. Wiemy również, że emocje są ważnym składnikiem motywacji (zarówno gdy do czegoś dążymy, jak i kiedy czegoś unikamy). Emocje odgrywają istotną rolę w procesach opisywanych przez model T.O.T.E. (Test → Operation → Test → Exit), a więc we wszelkiego rodzaju tzw. „strategiach neurologicznych”. Kiedy test wykazuje, że stan obecny jest różny od pożądanego, zwykle towarzyszy temu poczucie dyskomfortu. Może to być rozdrażnienie, niepokój, przygnębienie, albo inne uczucie. I to one pobudzają do działań (operacji) mających na celu np. zaspokojenie potrzeby. W efekcie  wspomniany dyskomfort zostaje wyeliminowany, a na jego miejsce pojawia się   poczucie dobrostanu.
Z tego punktu widzenia strategie nie odnoszą się wyłącznie do procesów poznawczych. Ludzie na co dzień raczej nie podejmują decyzji i działań tylko w oparciu o formalne reguły wnioskowania logicznego (można wręcz odnieść wrażenie, że raczej rzadko to robią), opisane np. w książkach prof. Ajdukiewicza i innych. Nawet najbardziej poprawnie sformułowany cel nie zmotywuje do podjęcia kroków, aby go zrealizować, jeśli będzie neutralny emocjonalnie. To, co napędza ludzi do działania, to właśnie emocje towarzyszące dążeniom, planom czy wizji przyszłości. A także sprzężone z emocjami odczucia cielesne, typu „rozpiera mi pierś”, „nogi same mnie niosą”, „aż mnie ciarki przechodzą” itp.

Media oraz specjaliści od politycznego PR doskonale zdają sobie z tego sprawę. Znają siłę emocji i posługują się wszelkimi dostępnymi sposobami, aby je rozbudzać u odbiorców i ukierunkowywać zgodnie z interesem osób czy ugrupowań, które wspierają. Często zresztą są przy tym stroną zaangażowaną ideologicznie, jak w przypadku wspomnianego w poprzedniej części imperium medialnego Ruperta Murdocha. A wtedy robią to nie tylko dla pieniędzy, lecz także dla upowszechniania określonego światopoglądu, umacniania swojej pozycji poprzez związki z wpływowymi lobby, utrzymania swojego wizerunku jako poprawnych politycznie, uniknięcia ataków ze strony tzw. „mainstreamu” itd.
Stwierdzenie, że współczesny PR jako odrębna gałąź biznesu wykorzystuje najnowszą wiedzę psychologiczną (a także inne nauki) opiera się na udokumentowanych podstawach. Okazuje się przy tym, że owa branża jest niewiele młodsza od nowożytnej psychologii. Za moment przełomowy w rozwoju nowoczesnej reklamy i PR uważa się pierwsze dekady XX w., kiedy w USA rozwijał swoją działalność Edward Louis Bernays, siostrzeniec Freuda. Bernays, choć z wykształcenia agronom, zajął się zawodowo dziennikarstwem i reklamą. Wykorzystywał przy tym nie tylko teorię „wujka Siggi”, jak określał Freuda, ale także psychologię Gustave’a Le Bona i Wilfreda Trottera. Le Bon jest znany także w Polsce z książki Psychologia tłumu, a Trotter napisał Instincts of the Herd in Peace and War (Instynkt stadny na wojnie i w czasach pokoju).
Karierę na tym polu Bernays rozpoczął w propagandzie wojskowej, po przystąpieniu USA do I wojny światowej. Następnie był organizatorem kampanii wizerunkowych znanych polityków i biznesmenów. Do jego klientów należał nawet prezydent USA Calvin Coolidge, który miał wyjątkowo niskie notowania u obywateli. W 1924 r. zwrócił się do Bernaysa o pomoc w zmianie swojego wizerunku. Bernays potraktował go jak każdy inny produkt. Namówił 34 gwiazdy hollywoodzkie, by odwiedziły prezydenta w Białym Domu i po przedstawieniu mu każdej z nich odbyło się skromne przyjęcie. Prasa zapełniła się informacjami na ten temat, a prezydent zaczął być spostrzegany jako postać znacznie bardziej barwna, towarzyska i otwarta. Z punktu widzenia NLP mechanizm tego działania był prosty: Bernays „spiętrzył” pozytywne zakotwiczenia funkcjonujące u obywateli – w tym przypadku pozytywne skojarzenia z wieloma znanymi aktorami – z postacią prezydenta (negatywne zakotwiczenie). Tym samym dokonał połączenia kotwic (collapsing anchors), które zmieniło nie tylko percepcję prezydenckiego wizerunku, ale także związane z nim emocje. Był w tym także obecny element zmiany ram odniesienia (reframing) – „prezydent wśród gwiazd filmowych”, a nie odizolowany od społeczeństwa w swojej rządowej „twierdzy”. Generalnie środowisko najwyższej władzy kraju nabrało w oczach wyborców innego charakteru (sławy ekranu w Białym Domu). Rzecz jasna to nie spowodowało żadnych istotnych zmian w polityce rządu, ani tym bardziej w osobowości Coolidge’a. Ale założony efekt został osiągnięty (Dirk Schäfer Sztuka wmawiania, Forum 17-23.08.2009, s. 38-40; tekst oryginalny: Süddeutsche Zeitung, 2009).
Od tamtej pory PR stał się wielomiliardowym biznesem i obecnie stanowi nieodłączny element wyborów (i polityki w ogóle), wojen, działalności koncernów, sportu, a nawet nauki, ochrony zdrowia, środowiska czy religii. Według danych szacunkowych zebranych przez niemieckich naukowców zajmujących się mediami, co najmniej 40 proc. informacji dostępnych w gazetach tego kraju ma swe źródła w agencjach PR i centralach marketingowych obsługujących przedsiębiorstwa, urzędy i inne organizacje. Często są one prezentowane jako wyniki badań, studiów, ekspertyz itp., i nie są identyfikowane jako PR, tylko jako „obiektywne dane”. W ten sposób jest realizowana najważniejsza zasada tej branży:

Najlepszy PR to taki, który nie jest rozpoznawany jako PR”.

W 2006 r. w Niemczech na 30 tys. dziennikarzy politycznych przypadało już ok. 15 – 18 tys. specjalistów od PR, w USA natomiast – co nie dziwi – było ich wtedy już więcej, niż dziennikarzy (Nils Klawitter, Psy propagandy zawsze do usług, Forum 7-20.08.2006, s. 32-37; tekst oryginalny: Der Spiegel 31.07.2006). Niestety brak analogicznych oszacowań dotyczących np. prasy polskiej, nie mówiąc już o innych jej mediach.

Trzeba jednak odróżnić PR, który służy np. unikaniu niezręczności w kontaktach z mediami, należytemu uwypukleniu mocnych stron (produktu, projektu, programu politycznego, osoby itp.), zwiększeniu spójności wizerunku osoby czy organizacji, uprzystępnieniu rzetelnych informacji itd. od PR-u, który dąży do forsowania złudnego wizerunku za wszelką cenę i manipuluje uczuciami obywateli. Lub który służy dyskredytowaniu np. konkurencji lub rywala politycznego, niezależnie od faktycznej wartości ich oferty czy programu politycznego („czarny PR”). Ten pierwszy można by określić przymiotnikiem “etyczny”, podczas gdy drugi kieruje się zgoła innymi zasadami. Dadzą się one streścić w wypowiedzi Jamesa Harffa, dyrektora agencji Ruder Finn:

Naszym zadaniem nie jest sprawdzanie, czy informacje są prawdziwe, tylko szybkie dostarczanie ich wyborcom”. Oraz: „Nikt nam nie płaci, abyśmy przestrzegali zasad moralnych” (Historia o dobrych i złych facetach, fragmenty wywiadu, jakiego Ruder Finn udzielił w 1993 r. II programowi telewizji francuskiej, Forum 7-20.08.2009, s. 37).

I nic dziwnego, bo celem tak rozumianego PR jest głównie wywoływanie pozytywnych uczuć w stosunku do własnej lub preferowanej oferty, osoby czy partii oraz negatywnych w stosunku do konkurencji lub oponentów. Często można mieć wrażenie, że wybory wygrywają właśnie firmy PR (tzw. “spin doktorzy”), a nie realni politycy. Jeśli już, to ich dalece przetworzone wizerunki. Natomiast programy polityczne i wartości, którym mają służyć… no cóż, w powodzi medialnego zgiełku zdają się one schodzić na plan dalszy i stanowić co najwyżej „przystawkę” do spektaklu, w który obywatele są „profesjonalnie” wciągani. To samo dotyczy kampanii promocyjnych w biznesie. W efekcie nie widzimy produktów czy kandydatów takimi, jakimi są, lecz takimi, jak mamy ich widzieć – zgodnie z interesami sprzedawców czy polityków.

Nawet wiedza psychologiczna, wytrenowane umiejętności komunikacyjne i rozwinięta samoświadomość nie są w stanie całkowicie nas chronić przed tego rodzaju wpływem. Możemy tego spektakularnie doświadczyć podczas oglądania poruszających filmów. Wiemy, że to tylko film, ale nasz organizm mimowolnie reaguje zmianami fizjologicznymi i jeszcze długo potem możemy być “pod wrażeniem emocji”. A reklama i PR wyjątkowo pieczołowicie dbają o wykorzystanie tego efektu i stosują w tym celu najbardziej zaawansowane technologie. Przy okazji, czy zauważyliście, że w momencie, gdy w telewizji zaczynają być pokazywane reklamy, to natężenie i wyrazistość dźwięku znacząco się zwiększa? Za każdym razem tak się dzieje i ja sam oraz większość znajomych ścisza wtedy odbiornik, bo jest za głośno (prawdę mówiąc najczęściej wyłączam wtedy dźwięk). Jest głośniej, niż w przypadku najnowszych filmów amerykańskich. Dlaczego? Wygląda na to, że do produkcji reklam, spotów wyborczych itp. użyta jest nowsza technologia i  lepszy sprzęt, niż do produkcji kopii filmów fabularnych. Tymczasem fonia w najnowszych polskich filmach nie różni się szczególnie od filmów z czasów PRL. Jak widać, „produkt nasz pan”, a kultura zwykle jest niedofinansowana. Dodatkowym skutkiem tak dużej głośności jest częste rozdrażnienie u widzów, a więc pobudzenie emocjonalne (czysto mechaniczne), które niezależnie od tego czy jest pozytywne czy negatywne bardziej przykuwa uwagę do reklamy. Gdy z kolei np. w kinie nie mamy możliwości zmniejszenia natężenia dźwięku, ludzie łatwiej wchodzą w swego rodzaju trans spowodowany szokiem akustycznym. To także jest znany efekt hipnotyczny. Gdy przed paru laty moja żona poprosiła operatora w kinie o to, żeby „ściszył”, odpowiedział, że chętnie by to zrobił, ale niestety wymogi producentów i dystrybutorów filmów określają minimalny poziom decybeli. Więc kina nie mogą „samowolnie” zmieniać tego ustalenia. Potrzeby widowni ani ich higiena psychiczna nie mają przy tym większego znaczenia. Można co najwyżej wyjść z kina. Ciekawostka! (Idąc teraz do kina na wszelki wypadek zabieramy ze sobą stopery do uszu.)

Jeden z ekspertów w omawianej tu dziedzinie, Richard Edelman, stwierdził, że

PR ma spore szanse stać się w nadchodzących latach liderem technik komunikacji, wyprzedzając reklamę, której proste slogany mające nakręcić sprzedaż zużywają się znacznie szybciej, niż strategiczna konspiracja speców od PR: przemycanie materiałów do mediów, inscenizacja wydarzeń, tworzenie pozytywnej sprawozdawczości ( Nils Klawitter…, s. 33, podkreślenia moje).

Niestety, wobec tak rozbudowanych form kreowania „rzeczywistości”, połączonych z nowoczesnymi i masowymi środkami przekazu, większość obywateli jest właściwie bezbronna. Oraz nie ma pojęcia o tym, że niekiedy mapa świata, którą uważają za swoją, której gotowi są nieraz tak zaciekle bronić, i zgodnie z którą podejmują decyzje i działania, została dla nich starannie przygotowana i niejako dostarczona na tacy przez specjalistów od wywierania wpływu. Została im zaszczepiona w naukowy sposób. Oczywiście zgodny z naczelną regułą PR, który pozwala ludziom wierzyć, że to oni sami dochodzą do określonych wniosków i wyborów. W dodatku obywatele sowicie za to płacą, bo np. w Polsce kampanie wyborcze są finansowane z pieniędzy podatników. A koszty reklamy produktów i usług są przecież wliczone w ich cenę. Tak więc płacimy z własnej kieszeni za te sfabrykowane wersje „rzeczywistości”i manipulacje, które później zewsząd są nam wtłaczane, sterując naszymi myślami i emocjami. Bo „spece od PR to menedżerowie odczuć”, jak często sami siebie określają (Nils Klawitter…, s. 34). Zakulisowi menedżerowie, chciałoby się dodać.

W następnej części skupię się właśnie na ostatniej poruszonej tu kwestii, czyli jak dokładnie dokonuje się to „zarządzanie emocjami” i myślami u odbiorców. NLP i w ogóle współczesna psychologia dostarcza wielu narzędzi, które pozwalają dokonać takiej analizy. Choć w pełni nas to nie ochroni, to jednak większa świadomość w tym zakresie z pewnością się przyda, bo z każdą chwilą, w miarę rozwoju wiedzy o człowieku oraz nowych technologii, świat w którym żyjemy staje się coraz bardziej sztucznym tworem - wypadkową oddziaływań na nas różnych grup interesu. Dzisiaj “fabryka snów” to nie tylko Hollywood, któremu zwyczajowo przypisywano to określenie, ale także wszechobecny alians PR, marketingu, reklamy, mediów i korzystających z ich usług podmiotów.  Konsument i wyborca słodko śniący według dostarczonego mu scenariusza to z kolei “złoty sen” sprzedawców i decydentów. Ale czy my tego dla siebie chcemy?

Benedykt Krzysztof Peczko

Pozostałe części cyklu:

POLITYKA, MEDIA I „RZECZYWISTOŚĆ” cz. 1;

POLITYKA, MEDIA I „RZECZYWISTOŚĆ” cz. 3;

Patrząc na burzę…

Niedziela, maj 23rd, 2010

Tym razem inspiracją do wpisu będzie poprowadzony w zeszłym tygodniu moduł Mistrza NLP w Poznaniu oraz burza, którą niedawno obserwowałem. Dlaczego moduł Mistrza? Bo był to moduł poświęcony emocjom. Po raz kolejny wraz z grupą przyglądaliśmy się emocjom, ich roli w życiu, sposobom przeżywania (ich strukturze). Eksperymentowaliśmy także z różnymi sposobami uelastyczniania przeżywania naszych emocji, tak aby zachowując ich informacyjną funkcję jeszcze pełniej wykorzystać fakt, że emocje istnieją. Tak na marginesie: odkrycie, że emocje po prostu są, pojawiają się i przemijają i że nie warto im się przeciwstawiać,  ”walczyć” z nimi, hamować, tłumić, czy nawet “radzić sobie” (sprawdź też, co dla Ciebie czytelniku, kryje się za powyższymi sformułowaniami) było jednym z najbardziej owocnych odkryć w moim życiu.

No a burza? Cóż atmosfera w grupie była tak konstruktywna, że do wpisu potrzebowałem jeszcze jakiejś budzącej napięcie inspiracji. A reszta wyjaśni się w czasie dalszej lektury…

Kiedyś, w początkowym okresie tego bloga zamieściłem wpis pt. Uważność i ruchy gałek ocznych. Obecny wpis nawiązuje nieco do opisanej tam  metodologii. Tym razem również zaproszę Cię do małego eksperymentu.

Oto “kroki”:

  1. Nastaw “timer” lub budzik (może być też minutnik do gotowani jajek :-) ) na 2 minuty.
  2. Usiądź wygodnie.
  3. Wsłuchaj się w swój oddech. Pozwól sobie odczuć jak oddychasz. Obserwuj jak to jest: oddychać tak jak zazwyczaj to robisz. Tak jak jest Ci wygodnie.
  4. Obserwuj co się pojawia w Twoim “polu świadomości” :  jakie myśli, obrazy, dialogi wewnętrzne, wyobrażenia czy wspomnienia.
  5. Jakie uczucia się pojawiają.
  6. Pozwól zarówno myślom jak i emocjom odpłynąć wraz z oddechem.
  7. Wróć do obserwowania oddechu. Skup na nim swą uwagę.

W istocie całe to ćwiczenie polega na nieoceniającym obserwowaniu tego co pojawia się w polu świadomości, a oddech, jako coś co mamy zawsze ze sobą służy nam jako “metronom” coś co wyznacza rytm i przypomina, że mamy być obserwatorami, a nie podążać za myślami czy emocjami.

No dobrze. A teraz pytanie. Czy te dwie minuty to dużo, czy mało? Byłeś zaskoczony(a) ile trwają dwie minuty? Byłeś zaskoczona(y) ile myśli, odczuć, obrazów etc. pojawiło się w tym czasie?

O ile  nie jesteś  zaprawionym w oczyszczaniu umysłu mnichem zakładam, że pojawiło się … wiele.

To prosta obserwacja. Rzekłbym podstawowa. A czy zdajesz sobie sprawę, że również wtedy, gdy nie skupiasz uwagi na oddechu taki natłok myśli, odczuć, obrazów, dialogów zajmuje Twoją świadomość?

Proponuję Ci, żebyś co jakiś czas pamiętał(a) o zwróceniu uwagi na oddech i uważnej obserwacji tego co się z Tobą dzieje? Co Cię zaprząta? Co zajmuje? Co tli się w Twoim sercu? Nad czym pracują tryby Twojego umysłu?

Jeśli dwie minuty to za mało, możesz wydłużyć czas obserwacji do 10-15 minut. Najistotniejsze z NLPowskiego punktu widzenia jest jednakże zatrzymanie się na chwilę i zapytanie samego siebie: Co się ze mną dzieje? O czym mi mówi to, co się pojawia w moich emocjach? Co sam do siebie mówię?

Zatrzymaj się na chwilę, bo choć wielu ekscytuje się hipnozą to, jak powiedział kiedyś mój superwizor,  “najgłębszym stanem transu jest stan codziennej świadomości”…

PS. a do tematu emocji obiecuję jeszcze wrócić… może emocje w kontekście doświadczań płynących z ciała?

Czy warto szukać sensu życia…?

Wtorek, maj 4th, 2010

Czy “sens życia” jest czymś co istnieje? Czy da się odnaleźć? Gdzie go szukać? Skąd brać siłę do szukania? Co zrobić gdy sensu nie znajduję? Co zrobić gdy zamiast “sensu” napotykamy różne “sęsy”…?

To pytania, które zdarza  mi się słyszeć od klientów na psychoterapii. I to klientów w różnym wieku, nie tylko  tych nastoletnich.

A gdyby tak odwrócić perspektywę. Skoro doświadczamy  rzeczywistości dzięki naszym zmysłom, skoro owe zmysły same w sobie są filtrem, który powoduje, że uzyskany obraz rzeczywistości jest uporządkowany i przez to okrojony z części swej złożoności, skoro dodatkowo nasz obraz rzeczywistości niczym światło na pryzmacie podlega rozszczepieniu i zniekształceniu przechodząc przez filtr naszych przekonań, doświadczeń, wartości, skoro nasz nastrój, poziom hormonów, stan skupienia uwagi wpływa na percepcję rzeczywistości, to czy szukanie sensu ma sens? Albo mówiąc językiem nlpowskim co nam to daje? Jakie są pozytywy a jakie ograniczenia szukania sensu?

Odwracając perspektywę  chciałbym odwołać się do przeformułowań i do szczególnego rodzaju przeformułowania jakim jest zamiana porażki w informację zwrotną. Przyglądając się “szukaniu sensu życia”  z perspektywy konstruktywistycznej możemy przyjąć założenie, że skoro nie mamy bezpośredniego dostępu do rzeczywistości, a jedynie konstruujemy jej obraz w naszym umyśle, za pośrednictwem zmysłów, procesów fizjologicznych i czynności psychicznych (co nie zaprzecza istnieniu owej rzeczywistości obiektywnej, acz niepoznawalnej bezpośrednio, tzn. w inny niż za pomocą zmysłów sposób) to i sensu życia nie “znajdujemy” a raczej konstruujemy go w naszym umyśle. Zatem z perspektywy konstruktywizmu jedyne co nam pozostaje to nadawać sens. Szukamy zatem nie tyle sensu samego w sobie ile raczej szukamy wspierających dla nas możliwości nadawania sensu temu czego doświadczyliśmy.

“Uważaj co do siebie mówisz, bo przypadkiem możesz się słuchać.” Może zatem warto czasem zastanowić się zanim powiemy: “to bez sensu”… A co by się zmieniło gdyby powiedzieć sobie coś w tylu: “Nie widzę w tym żadnego sensu i tym bardziej potrzebuję czasu, żeby zastanowić się, co to dla mnie może znaczyć.”

Zachęcam czytelników do poszukania jakie nowe możliwości daje nam to abstrakcyjne na pierwszy rzut oka przeformułowanie: zamiast szukać sensu, spróbuj nadać sens?

Białe kłamstwa…

Poniedziałek, kwiecień 19th, 2010

Zakończyła się oficjalna żałoba narodowa. W tym szczególnym w życiu społecznym naszego kraju momencie w Polskim Instytucie NLP
gościliśmy uczestników Projektu “Dying & Death in Europe”. Jest to projekt międzynarodowy, którego celem jest przyjrzenie się
tematyce umierania, śmierci, żałoby we współczesnej Europie, a zarazem uczestnicy, którzy na co dzień pracują w jako
psychoterapeuci w podejściu neurolingwistycznym, stawiają sobie za cel zebranie, opracowanie i udostępnienie narzędzi NLPowskich,
które umożliwią jeszcze pełniejsze wsparcie osób przeżywających żałobę oraz pozwolą na takie towarzyszenie osobom umierającym,
które pozwoli im odejść z tego świata w spokoju i pogodzeniu ze sobą i najbliższymi.

W czasie zakończonego wczoraj spotkania wraz z naszymi koleżankami i kolegami z Katalonii, Francji, Niemiec i Polski
przyglądaliśmy się oczywiście temu, jak żałoba, żal i strata jest przeżywana w przestrzeni społecznej i indywidualnej. Dla naszych
zagranicznych przyjaciół było to niezwykłe przeżycie.

Oprócz warsztatu nt. pracy ze stratą i żałobą z użyciem Panoramy Społecznej (opracowanej przez Lucasa Derksa) i pracy
koncepcyjnej, m.in. nad tworzeniem narzędzi do badania efektywności wsparcia w trakcie przezywania żałoby, mieliśmy przyjemność
odbyć za pomocą skype’a telekonferencję z ks. Piotrem Krakowiakiem, twórcą i dyrektorem Hospicjum w Gdańsku. Interesowało nas, jak ks.Krakowiak wraz ze współpracownikami dba o pewną szczególna atmosferę w hospicjum, co pozwala mu wierzyć w hasło “Hospicjum to też życie”. Można powiedzieć po enelpowsku, że staraliśmy się “modelować” podejście hospicyjne reprezentowane  przez naszego rozmówcę i jego współpracowników na poziomie jednostkowym i organizacyjnym.

W czasie naszej rozmowy pojawił się dość szybko temat otwartej komunikacji z osobą umierającą. Jak się okazuje wsparcie rodziny
terminalnie chorego pacjenta i jego samego w ustanowieniu otwartej, szczerej komunikacji jest jednym z głównych narzędzi
psychologicznych wykorzystywanych przez psychologów w hospicjum kierowanym przez naszego rozmówcę.

No właśnie… Zanim pójdę dalej, chcę zadać Ci pytanie: myślisz, że choremu lepiej mówić prawdę o jego zdrowiu czy lepiej z
różnych względów o niej nie wspominać? Sprawdź, co Ci przychodzi do głowy jako pierwsze… A gdybyś zastanowił się nad tym jeszcze
przez chwilę… Jakie są Twoje przekonania związane z odpowiedzą na to pytanie? Jakie wartości? Jakich doświadczasz emocji? Być
może doświadczasz różnych odczuć w ciele…? Może pojawiają Ci się jakieś obrazy…? Daj sobie chwilę, żeby zebrać to wszystko
zanim zaczniesz czytać dalej…

Chciałbym teraz zaprosić cię do wysłuchania opowieści, którą usłyszałem od ks.Krakowiaka. Jej bohaterami są pewna starsza kobieta,
która całe życie pracowała na roli i dwójka jej dzieci, którzy byli lekarzami (onkolog i lekarz pierwszego kontaktu). Otóż, okazało się, że matka ma się źle, po badaniach zdiagnozowano u niej nowotwór. Dzieci uznały, że lepiej jej nie mówić. W szpitalu powiatowym cały personel został wciągnięty w tę konspirację… Podobnie w szpitalu wojewódzkim… W końcu stan pacjentki pogorszył się na tyle, że trzeba ją było przewieźć do szpitala klinicznego. W ambulansie zapytała ona sanitariusza, osobę ze szpitala klinicznego, która nie była jeszcze w owej “konspiracji” czy może jej powiedzieć, na co tak naprawdę jest chora, bo właściwie to nie wie… Gdyby więc mógł zajrzeć do dokumentacji… Biały fartuch sanitariusza dla tej prostej kobiety był oznaką, że ma do czynienia z profesjonalistą, który może jej odpowiedzieć na nurtujące ją pytania. Cóż, sanitariusz zajrzał do dokumentacji i prosto z mostu powiedział, że na tyle na ile on się orientuje, po historii choroby, wypisie i skierowaniu do kliniki to ma ona nowotwór.

To był ogromny cios dla kobiety. Jakby całe jej życie się rozsypało… Jak myślisz, jaki mógł być powód…? Co się działo w tym momencie z tą kobietą? Daj sobie chwilę i pomyśl o tym…

Gdy sanitariusz dowiózł kobietę do kliniki, ta nie chciała wyjść z ambulansu. Dopiero psycholog (był nim ks.Krakowiak) zachęcił ją do tego, żeby przeszła na oddział. Kolejne kilka cennych dni minęło, zanim owa kobieta pozwoliła sobie podać leki. Przez pewien czas bowiem odmawiała w ogóle podjęcia jakichkolwiek czynności medycznych. Nie chciała też widzieć swoich dzieci…

Była na nie ogromnie zagniewana, zła, rozgoryczona i oburzona. Za to, że nie powiedziały jej prawdy. Mówiła nawet, że ona, prosta kobieta ze wsi, która z trudem znajdowała czas na czytanie czegokolwiek i rzadko pisała cokolwiek, była tak bardzo dumna, że dwójka jej dzieci wykształciła się, jest lekarzami służy ludziom. A teraz okazuje się, że jej dzieci kłamią!? Bo jeśli okłamują ją, to okłamują też innych ludzi.

Był to ogromny dramat dla niej i oczywiście dla dzieci, które działały powodowane pozytywnymi intencjami. Stopniowo dzięki interwencji psychologicznej kobieta zgodziła się podjąć leczenie. Nieco więcej czasu zajęło jej przebaczenie, przyjęcie dzieci i pozwolenie na to, żeby się z nią zobaczyły. I powiedziała, że przebaczy, jeśli jej obiecają, że nigdy nie będą okłamywać pacjentów.

Sprawdź teraz przez chwilę jakie myśli, emocje, wartości poruszyła w Tobie ta opowieść…? Jak myślisz, jakie były istotne dla tej kobiety wartości? A co było ważne dla jej dzieci?

Posłuchaj teraz innej opowieści. Moja znajoma, której ojciec zachorował na nowotwór, opowiadała mi, że gdy tylko lekarz zaczynał mówić coś o stanie jego zdrowia, ojciec wychodził z gabinetu zostawiając ją i jej matkę. Nie chciał wiedzieć szczegółów. Nie chciał wiedzieć, czy jest lepiej czy gorzej… Tyle, że wiedział iż cierpi na nowotwór, ale nic ponad to… Co ciekawe, gdy rokowania lekarzy były bardzo złe (praktycznie zrezygnowano z leczenia, a on o tym nie wiedział) pojawiła się spontaniczna remisja i stan zdrowia się poprawił. Nadal jest w procesie leczenia…

Jak myślisz co było dla niego istotne? Co mogło powodować, że wolał nie wiedzieć?

Otwarte i wykraczające poza ramy tego wpisu pozostaje pytanie o to JAK mówić i ILE mówić, żeby pacjenta i jego rodzinę wspierać a nie ponad siły obciążać…

Na koniec podsyłam link opisujący bardzo intymny aspekt życia rodziny zmarłego prezydenta i jego rodziny.  W skrócie można powiedzieć: matka wciąż nie wie… W cytowanym artykule jest sugestia, że lekarze zasugerowali takie rozwiązanie.

Nie chciałbym oceniać członków rodziny… myślę o nich z różnych pozycji percepcji (ja, ty, obserwator, systemowo)… Mam jednak nieodparte skojarzenie z filmem “Goodbye Lenin”… I myślę sobie ile energii zabiera takie białe kłamstwo…

A otwarte pozostaje pytanie czy osoba, której dotyczy ta “zmowa milczenia” nie domyśla się, że COŚ jest nie tak… Pamiętajmy, że Milton Erickson swoich największych dotyczących “wskaźników niewerbalnych” odkryć dokonał, gdy leżał sparaliżowany i gdy jego siostry różne rzeczy przed nim ukrywały…

Pozostając w nieco refleksyjnym nastroju, pozdrawiam wszystkich czytelników bloga i zapraszam do dzielenia się swoimi odczuciami i doświadczeniami na powyższe tematy…

Co się dzieje pomiędzy “klik” a “wrrr”?

Poniedziałek, marzec 29th, 2010

W swojej słynnej książce “Wywieranie wpływu na ludzi. Teoria i praktyka” Robert B. Cialdini (Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne) juz w pierwszym rozdziale opisał zjawisko automatycznego reagowania na niektóre bodźce. Powiązania typu tytuł naukowy - nieomylność, wysoka cena - wysoka jakość, atrakcyjny wygląd -  inteligencja lub mądrość, ładne ubranie - wiarygodność, ludzie patrzą na ciebie - musisz być perfekcyjny. Cialdini pokazuje ten mechanizm najpierw na przykładzie indyczki, która gdy widzi tchórza, atakuje. Gdy podstawiano jej wypchanego drapieżnika, nadal rzucała się na niego z furią. Gdy jednak umieszczono w jego wnętrzu magnetofon, który wydawał odgłos pisklęcia (Cialdini opisuje go jako “czip-czip”) indyczka nie tylko nie atakuje obiektu, ale jeszcze przygarnia go i przykrywa skrzydłem. Myślimy z politowaniem o “głupim ptaku” zgaduje Cialdini. Nie byłby sobą, gdyby nie gotował czytelnikowi gorzkiej pigułki. Oddajmy zatem głos klasykowi:

Zjawisko to zgrabnie ilustruje eksperyment wykonany przez psycholog Ellen Langer. W myśl powszechnie znanej reguły, rządzącej ludzkim zachowaniem, prosząc kogoś o oddanie nam przysługi, zwiększymy szansę spełnienia naszej prośby, jeżeli dostarczymy temu komuś jakiegoś jej uzasadnienia. Po prostu ludzie lubią mieć jakieś powody, dla których coś robią. Langer wykazała ten niezbyt zaskakujący fakt, prosząc o drobną przysługę ludzi oczekujących w bibliotece na swoją kolejkę do kserokopiarki. “Przepraszam, mam tu pięć stron. Czy mogłabym skorzystać z kopiarki, bo bardzo się spieszę?” Skuteczność takiej prośby zaopatrzonej w uzasadnienie okazała się bardzo wysoka - 94% poproszonych ludzi zezwoliło proszącej osobie na skorzystanie z kopiarki poza kolejką. Gdy natomiast prośba brzmiała: “Przepraszam, mam tu pięć stron. Czy mogłabym skorzystać z kopiarki?”, a więc była pozbawiona uzasadnienia, tylko 60% proszonych na nią przystało. Na pierwszy rzut oka istotna różnica między tymi dwoma prośbami zdaje się tkwić w słowach “bo bardzo się spieszę”. Ale trzeci typ prośby użyty przez Langer w tym eksperymencie pokazał, że to nie tyle cały ten ciąg słów, ile jedynie pierwsze z nich - króciutkie słówko “bo” automatycznie wyzwalało zgodę na spełnienie prośby. Trzeci wariant prośby brzmiał bowiem: “Przepraszam, mam tu pięć stron. Czy mogłabym skorzystać z kopiarki, bo chciałabym je skopiować?”, a więc nie zawierał żadnego rzeczywistego uzasadnienia prośby. Stwierdzał jedynie oczywisty fakt, że kopiarek używa się do kopiowania, a jednak aż 93% poproszonych zgodziło się wpuścić proszącą osobę poza kolejką. Krótkie słówko “bo” zadziałało zupełnie tak samo, jak piskliwe “czip-czip” wywołujące macierzyńskie zachowania indyczki nawet wtedy, kiedy wydobywa się z tchórza. Słowem - klik, wrrr…. Większość naszego życia upływa na takich właśnie zachowaniach. Robert B. Cialdini Wywieranie wpływu na ludzi. Teoria i praktyka

Konkluzja nader smutna: “większość życia upływa nam na takich właśnie zachowaniach”… Zapewne ciągła świadomość wszystkiego i nieustanne analizowanie ogromu informacji, które do nas docierają byłoby bardzo energochłonne. Zatem Matka Natura za pomocą mechanizmów ewolucyjnych wyposażyła nas w różnego rodzaju automatyzmy i heurystyki, które pozwalają nie zajmować się dużą częścią bodźców docierających do naszego umysłu. W zamian mamy więcej wolnych mocy przerobowych by np.: układać wiersze, komponować muzykę, malować słoneczniki, myśleć jakby tu podwoić a może i potroić nasze środki i takie tam…. Cialdini dość szybko w swojej książce wprowadza pojęcie manipulacji i opisuje różne pułapki czyhające na  posługujących się wyuczonymi schematami. Czyli na nas wszystkich. Powstaje zatem pytanie: Jak się obronić przed manipulacją? Gdy myślisz “manipulacja” być  może pojawiają się przed oczami obrzydliwi “manipulanci” wyposażeni w najnowsze “sztuczki” oraz prawie nieograniczone środki pieniężne, które pozwolą im za pomocą owych “kuglarskich sztuczek” zmanipulować nas i zarobić kolejne nieograniczone środki dla siebie lub swoich nieetycznych mocodawców. Z moich doświadczeń wynika, że gdy pada hasło “manipulacja” i “wykorzystywanie automatyzmów” zazwyczaj słuchacz prezentuje gotowość do obrony przed zewnętrznym “manipulantem”. Proponuję przeformułowanie zagadnienia. Skoro  cały “akt manipulacji” odbywa się w naszym umyśle przyjrzyjmy się temu co się tam dzieje i zacznijmy od sytuacji, w których to my sami zakładamy sobie “pętlę” i …. sami się poddajemy manipulacji. Przytoczę, teraz przykład, który pojawił się podczas prowadzonego przeze mnie kursu Praktyk NLP. Mężczyzna, którego na potzreby tej opowieści nazwiemy  Alfredem, podzielił się swoim problemem w relacjach z córką. Problem polegał na tym, że dla Alfreda “nie było takiej sprawy, której nie dałoby się załatwić”. Wspierające przekonanie, nieprawdaż? Cóż, jego córka, nadajmy jej imię Antonina, ceniąc wiedzę i doświadczenie ojca (a możne coś zupełnie innego, to się jeszcze okaże), zwracała się do niego w różnych trudnych dla siebie sytuacjach. Mam problem, kiedy córka przychodzi do mnie z pytaniem o poradę, albo z jakimś trudnym problemem - mówił Alfred - zaraz się nastawiam na to jej jęczenie i wiem, że będę musiał jej udowadniać, że to wcale nie jest problem, tylko że trzeba znaleźć rozwiązanie. No i każda taka sytuacja kończy się niepotrzebnym spięciem - choć oboje mamy dobre intencje - rzekłbym “pozytywne intencje” - zakończył. Jak to się dzieje? - zapytałem. Wiesz, ja rozpoznaję, kiedy ona ma problem. Jak tylko zobaczę, że wchodzi do mnie do pokoju i widzę ten jej wyraz twarzy, taki zbolały, to wiesz, mówię sobie, “no, żesz do diaska, znów to samo” i na domiar złego przed oczami stają mi te wszystkie sytuacje, gdy mi się nie udało jej przekonać, że życie nie jest takie straszne, tylko trzeba brać byka za rogi… Wiesz to się dzieje automatycznie - teraz zdałem sobie z tego sprawę - kontynuował -  widzę jej twarz i zaraz się robię spięty. Zauważmy, że Alfred sam postrzegał sytuację jako “klik - wrrr…” Powiedział przecież: widzę skrzywioną, zmartwioną twarz córki i zaraz robię się spięty”. No a z drugiej strony opisał co się dzieje w jego umyśle: widzę twarz córki…., mówię sobie…, przypominam sytuacje, gdy mi nie wyszło… Kto jest absolwentem Praktyka NLP, albo zaliczył już III moduł, zapewne się zorientuje, że mamy tu pięknie opisaną mikrostrategię… Wyzwalacz: “skrzywiona twarz córki”, następnie Dialog Wewnętrzny “znów ma problem / znów będę musiał udowadniać….”, Wzrokowe Przypomnienie “porażek” i jako efekt - negatywny stan, czyli złość, zniecierpliwienie, poirytowanie… Rzeczywistość okazuje się nieco bardziej złożona. A miało być tak prosto: “klik - wrrr…”. Widzę twarz i się wkurzam… Ona mnie wkurza, on… ono… Warto zatem przyjrzeć się takim sytuacjom, gdy wydaje nam się, że jakiś bodziec, czyjaś twarz, słowo, gest wywołują w nas złość, irytację, bezradność, poczucie winy. Może odkryjemy, że nie musimy funkcjonować według ustalonego schematu “klik - wrrr…” Najprościej, zastanowić się jak zmienić taką odkrytą u siebie strategię. Co mógłbyś, co mogłabyś do siebie powiedzieć, żeby było to bardziej wspierające? Jakie inne obrazy przywołać, aby doświadczyć większego spokoju, dystansu, cierpliwości? Jedną z najistotniejszych metod przeciwdziałania  manipulacji jest uświadomienie sobie, że jesteśmy jej poddawani. Jeśli odkryjemy u siebie automatyzm i staniemy się bardziej świadomi swojego sposobu działania, będziemy mieli więcej pod kontrolą… W myśl tego, że jeśli coś jest nieświadome może kontrolować nas, gdy jest uświadomione wtedy my mamy to pod większą kontrolą… Acha, jesteś pewnie ciekaw co się zmieniło u Alberta? No cóż, gdy zmienił pierwszy element swojej “strategii” i widząc smutną i skrzywioną twarz córki mówił sobie: “Ciekawe z czym przychodzi? Wysłucham jej…”, a potem przypominał sobie te wszystkie sytuacje gdy zwracała się do niego  z pytaniami, mimo, że potem i tak postępowała według własnego zdania, uświadomił sobie, że ona wcale nie potrzebuje porady. Jego rolą jest wysłuchać i towarzyszyć… A to bardzo zmieniło emocje jakich doświadczał w podobnych sytuacjach w przyszłości. Owocnego obserwowania “klik - wrrr….”. Wszak już Sokrates cytując napis wyryty nad wejściem do delfickiej wyroczni namawiał: “Poznaj samego siebie”.

Naukowe podstawy zmiany wspomnień

Poniedziałek, marzec 8th, 2010

Nawiązując tematycznie do wpisu Benka W sprawie naukowych podstaw NLP i wywiązując się z wcześniejszych moich zobowiązań (patrz PostScriptum#3 z postu  O pożytkach z systemów reprezentacji, odniosę się, podobnie jak Łukasz w swoim wpisie o przekonaniach, do artykułu z Rzeczpospolitej, tym razem zeszłorocznego ale wciąż aktualnego.
Tym razem w dziale “Nauka/Psychologia zachowania” Piotr Kościelniak w artykule, o wiele mówiącym tytule Zapomnieć o strachu (Rzeczpospolita 11.12.2009) przybliża badania prowadzone przez tak utytułowanych neuropsychologów, jak prof. Joseph LeDoux czy prof. Elizabeth Phelps nad możliwością zmieniania wspomnień. Dodajmy przykrych wspomnień. Na przykład strachu. A szczególnie strachu przed  niebieskimi kwadratami. Ale po kolei. Na początek krótki cytat z artykułu Piotra Kościelniaka:

– Z naszych badań wynika, że podczas tworzenia się wspomnień jest krótki okres, podczas którego można wybiórczo zmienić pamięć – mówi Daniela Schiller z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Nowego Jorku, gdzie prowadzono eksperymenty z udziałem ochotników. – To otwiera możliwości leczenia stresu pourazowego.
– Wcześniejsze próby wymazywania czy zmieniania nieprzyjemnych wspomnień bazowały na stosowaniu farmaceutyków. Takie inwazyjne techniki są naszym zdaniem niepotrzebne. Używając naturalnych metod i wykorzystując wiedzę o procesie zapamiętywania, możemy zapobiec pojawieniu się strachu – tłumaczy prof. Elizabeth Phelps kierująca zespołem.

Dodajmy gwoli wyjaśnienia, że autorkom wypowiedzi nie chodzi tu o zmianę treści wspomnień, ale o zmianę związanych ze wspomnieniem emocji… Jak zatem światowe autorytety neuropsychologiczne proponują pracować z przykrymi wspomnieniami.
LeDoux zaczynał od szczurów. Okazało się, że można zmieniać u nich nawet stare utrwalone wspomnienia ale… trzeba najpierw je odświeżyć. Wtedy pojawiało się coś co naukowcy nazwali “okienkiem czasowym, w trakcie którego można było modyfikować pamięć o konkretnym nieprzyjemnym bodźcu. U szczurów okres ten trwał od około 10 minut do 6 godzin. Prof. Phelps zaczęła więc eksperymentować z ludźmi. Dość neutralny bodziec - niebieski kwadrat - skojarzono z przykrym doznaniem - lekkim wstrząsem elektrycznym. Jak się można było spodziewać bardzo szybko pojawiła się reakcja lękowa na sam niebieski kwadrat (badano ją mierząc m.in. przewodnictwo skórne, co zapobiegało oszukiwaniu przez uczestników eksperymentu). Co dalej…

Następnego dnia ponownie pokazywano im „przerażający niebieski kwadrat“. Zgodnie z oczekiwaniami wszyscy czuli obawę przed elektrowstrząsami. Przypomnienie tej nieprzyjemności otworzyło jednak okienko czasowe – do ok. sześciu godzin – na manipulację wspomnieniami. W grupie, której pokazywano w tym czasie kwadrat, ale nie rażono prądem, strach ustąpił. W grupie, której nic nie pokazywano, strach pozostał.

Co najciekawsze, efekt neutralizacji nieprzyjemnego wspomnienia był trwały. Gdy tych samych ludzi zbadano po roku, część nadal bała się widoku niebieskich kwadratów, a na części nie robiły one najmniejszego wrażenia.

No dobrze. A co to ma do NLP i technik interwencyjnych? Otóż niektóre metody “enelpowskie” wykorzystują technikę wędrówki na tzw. linii czasu do “odświeżenia wspomnień” związanych z traumatycznym doznaniem. Gdy klient doświadczy znów wspomnienia tej trudnej sytuacji przechodzimy do etapu “zmiany wspomnienia” czyli tak naprawdę zmiany ładunku emocjonalnego z nim związanego. Absolwenci kursu Praktyk NLP i Mistrz Praktyk NLP zapewne przypomną sobie techniki takie jak neutralizacja fobii, zmiana historii osobistej, reimprinting i inne.
W konkluzji artykułu autor cytuje prof.Phelps:

Podczas tego krótkiego okresu, gdy można zamazać nieprzyjemne wspomnienia, następuje tzw. rekonsolidacja pamięci. W tym czasie wspomnienia są niestabilne i dość łatwo można je zmodyfikować – na przykład wymazać tę ich część, która jest związana z bólem czy nieprzyjemnym wrażeniem.

Nasza pamięć jest odbiciem tego, co się działo podczas ostatniego przypominania sobie konkretnych rzeczy, a nie tego pierwszego, oryginalnego wydarzenia – tłumaczy prof. Phelps. – Jak sądzimy(w przypadku eksperymentu z niebieskim kwadratem - komentarz PT), udało się zapisać to samo wspomnienie, ale tym razem jako bezpieczne.

Jakbym słyszał tłumaczenie tego jak działa choćby wspomniany przeze mnie powyżej reimprinting czy metoda neutralizowania fobii.

Wspaniale! Tu jest zatem moment, gdy znający podstawowe założenia NLP (np. na temat tworzenia dostępu do zasobów, “mapa-nie-jest-terytorium”, przeformułowania, itp.) mogą przejść od słów do czynów.
Dziwi tylko, że w ostatnim zdaniu prof.Phelps twierdzi:

Jednak do praktycznego zastosowania tej techniki u osób cierpiących np. na zespół stresu pourazuowego droga na razie daleka.

Może warto zaprosić na kurs Praktyka/Mistrza NLP? A tak na serio, jedna z najkrótszych odpowiedzi na pytanie “co to jest NLP?” jaką słyszałem, brzmi: “NLP to praktyczna psychologia”, tym bardziej warto prowadzić badania, które wytłumaczą naukowe podstawy tej “praktyczności”.

Przekonania - ograniczenia czy potencjał dla naszej tożsamości?

Poniedziałek, styczeń 25th, 2010

Tydzień temu miałem przyjemność prowadzić kolejny moduł zajęć Mistrz NLP poświęcony pracy na poziomie ‘Tożsamości’.  Istotą koncepcji poziomów neurologicznych wg Diltsa  jest możliwość opisania i przyporządkowania różnych elementów doświadczenia jednostki. Model ten jest hierarchiczny, więc oddziaływanie i zmiana wprowadzona na poziomie wyższym powoduje zmianę na poziomach niższych*. Poziom ‘Tożsamości’ znajduje się ponad poziomem ‘Wartości’ oraz będącym jeszcze niżej poziomem ‘Przekonań’. O ile wartości są łatwo rozpoznawane przez każdego z nas. Wystarczy zadać sobie pytanie, co jest dla mnie ważne w życiu, pracy, itd.? Udzielone odpowiedzi będą zazwyczaj właśnie kluczowymi dla osoby wartościami. Ciekawiej ma się sytuacja w pracy z przekonaniami. Bez przekonań na temat otaczającego nas świata nie możemy funkcjonować (ciekawe przekonanie ;) ). Każdy z nas ma jakieś przekonania na temat świata, siebie, innych. Mimo tego, że poziom ‘Przekonań’ jest położony poniżej ‘Wartości’ i ‘Tożsamości’ to siła oddziaływań przekonań leży w tym, że w znacznej mierze determinują one nasze postrzeganie świata a co za tym idzie sposób naszego działania. Jeszcze ciekawsze jest to, jak można (a raczej jak często trudno) jest nam zmienić nasze przekonania. Stąd m.in. Richard Bandler stworzył jedną z technik zmiany przekonań. Tego wszystkiego uczą się i zmieniają swoje przekonania uczestnicy szkoleń. Są praktykami – doświadczają zmiany.

W takim razie co mają przekonania do naszych ograniczeń lub potencjału rozwoju tego kim jesteśmy?

Otóż w odpowiedzi chcę przytoczyć fragment pewnej wypowiedzi, jaką przeczytałem w artykule w Rzeczpospolitej dn. 11/01/2010 pt. “Wyspa niewolników nie chce autonomii” poświęconemu zupełnie innemu tematowi tj. sytuacji politycznej na Martynice. To co przykuło moją uwagę to następująca na początku wypowiedź rdzennego mieszkańca wyspy.

– Ciągle boję się psów, choć nigdy żaden nie zrobił mi krzywdy – opowiada dozorca w hotelu w Sainte Luce, miejscowości na południowo- zachodnim wybrzeżu Martyniki. Strach przed uwielbianymi przez białych czworonogami zaszczepili w nim rodzice, którzy dostali go w spadku od swoich rodziców i dziadków. Tych, którzy jeszcze pamiętali czasy niewolnictwa, gdy pies był pomocnikiem białych panów, szukającym zbiegłych z plantacji niewolników.

Jak to jest, że można  bać  się czegoś, czego się nigdy nie doświadczyło? Jak to się dzieje, że można  bać się  psa - przypomnijmy zwierzęcia udomowionego - który nigdy ‘nas’ nie pogryzł. Sceptycy odpowiedzą z pewnością, że przecież i w Polsce można znaleźć wiele osób, które boją się psów, choć nie zostały nigdy pogryzione a znają to jedynie  z opowieści. Ciekawszy aspekt tej wypowiedzi dotyczy dalszej jej części “Zaszczepili w nim rodzice, którzy dostali go w spadku od (…), którzy pamiętali czasy, gdy pies był (tym, który był bardzo niebezpieczny dla tej grupy ludzi)“.

Z punktu widzenia NLP mamy tutaj idealny opis tego jak powstają przekonania (tu: ograniczające) oraz jak język tworzy i kształtuje nasze subiektywne postrzeganie świata. Gdzieś na Martynice kiedyś w czasach niewolnictwa powszechne było używanie psów tak, że ludzie doznawali (dużo) bólu, strachu, przerażenia [negatywnych emocji]. Przekonanie o tym, że psy są niebezpieczne było opisem tamtejszej rzeczywistości. To nie ulega żadnej wątpliwości. Zostało to opisane w wielu przekazach i opowieściach, jakie rodzice przekazywali dzieciom. A te dzieci swoim dzieciom, itd. W międzyczasie otocznie się zmieniło. Niewolnictwa nie ma. Psy, pewnie podobnie jak w Polsce, chodzą po ulicach i czasami kogoś pogryzą a częściej uciekają. To co zostało z tamtych czasów to słowny/werbalny przekaz tych doświadczeń. Przekaz pełen opisów nieprzyjemnych i bolesnych emocji (np. strachu, zagrożenia). Widzimy proces uczenia dzieci przez rodziców nt. potencjalnego zagrożenia. Proces, który odbywa się już tylko za pomocą słów. Bez żadnego bezpośredniego doświadczenia. Nie ma niewolnictwa, nie ma ‘białych z psami’. A strach, emocje przekazane przez osoby ważne w tej opowieści docierają do ich słuchaczy. Stają się częścią ich doświadczenia. Stają się ich przekonaniami na temat otaczającego świata. Tak jak przekonania generalizują to wybrane zasłyszane i wyobrażone doświadczenie oraz towarzyszące mu emocje - być może jest to forma uogólnienia i przekonania “psy są groźne”. To jest ważny punkt.  Bo właśnie tutaj rozpoczyna się odpowiedź na pytanie tego wpisu. Czy takie przekonanie jest ‘ograniczające’? Wiele osób powie pewnie, że tak. Szczególnie jeśli jego posiadacz utrzymując je nie może być sobą. Może byłby świetnym weterynarzem, a mając takie przekonanie wybrał inny kierunek zawodowy.  Zapraszam Cię do przyjrzenia się temu jak powstały twoje własne przekonania? Skąd wiesz, że są one ‘realne’ a może tylko ‘zasłyszane’?

Skąd wiemy, że w pracy:
“nic nie da się zmienić w tym/naszym dziale”; “…. że Iksiński (zawsze) jest złośliwy?”; ”…. zawsze realizuję swoje cele”; “… nigdy nie dogadam się z tym klientem?”;

Skąd wiemy, że:
“… kobiety są podstępne a mężczyźni to dranie”; “… zawsze … [się spóźniam, bałaganię, dobrze się bawię, zdążam na czas]“;

Dla naszego rozwoju i tego kim jesteśmy zawsze lepsze są przekonania związane z różnymi realnymi doświadczeniami. Bo przecież wiemy, że psy są i miłe (do głaskania) i groźne (do omijania). Tak, więc o wiele użyteczniejsze będzie przekonanie, iż są “psy, które gryzą i które są miłe”. Podobnie lepiej (efektywniej dla nas) mieć nawet takie proste przekonanie “często się spóźniam” a idealnie mieć “zdarza mi się spóźniać”. Bo właśnie to ostatnie będzie dawało nam największy potencjał do rozwoju naszej tożsamości, tego abyśmy byli szczęśliwi i realizowali sie w życiu. Czego Życzę wszystkich Czytelnikom w roku 2010.

* - Wielorakość zastosowania koncepcji poziomów neurologicznych wykracza oczywiście poza formułę bloga, więc zainteresowanych odsyłam do literatury oraz praktycznych zajęć (np. darmowy wstęp na comiesięczne spotkanie “Piątki z NLP” u nas w Instytucie).

Kotwiczenie codziennych sukcesów (z pamiętnika ojca)

Wtorek, styczeń 19th, 2010

Było już o moim młodszym synu, czas na pierworodnego - pięciolatka. On też ma swój wkład w rozwój praktycznego NLP.

A było to tak:

dostaliśmy skierowanie na morfologię. Tzn. na pobranie krwi. To dobry moment żeby sobie przypomnieć własne doświadczenia z tego zakresu. A jak nie masz odpowiednio traumatycznych to może słyszałeś drogi czytelniku jakąś mrożącą krew_w_żyłach opowieść z cyklu “przychodzi pacjent na pobranie krwi a tam…”.

W każdym razie szliśmy tam (czyli do gabinetu zabiegowego) spokojnie aczkolwiek mój spokój był wg. mojego świadomego umysłu niczym nieuzasadniony (poza wrodzonym optymizmem co jest mało racjonalnym uzasadnieniem). Mimo tych logicznych podszeptów, że JEST się czego obawiać (a jak będzie się wyrywał, a jak pielęgniarka źle się “wkłuje”, a jak…) szliśmy tam jak na piknik naukowy Wiedzy i Życia.

Ja: Zobaczysz jak wygląda krew… pamiętasz jak oglądaliśmy atlas o ludzkim ciele i tam było narysowane….

Szymon: A tam są te pożeracze bakterii i wirusów? zobaczymy je?

Ja: One są mniejsze nie widać ich bez mikroskopu… itd itp.

Wchodzimy do gabinetu na luzie. Pielęgniarce nasz luz się nie udziela. Nerwowo przygryza usta i pyta czy “on” będzie siedział spokojnie. Odpowiadam z nonszalancją, że tak.

Siadam na fotelu, Szymon u mnie na kolanach. Pani pielęgniarka zakłada gumkę uciskową, nieco oszołomiona naszym (nie wiem czy bardziej Szymona czy moim) spokojem wkłuwa się. Szymon mówi: O jaka czerwona. Pani mało nie mdleje z wrażenia. Po czym chwali moją latorośl za dzielność i odwagę i w ogóle. Jeszcze tylko nalepka “dzielny pacjent” z logo międzynarodowego koncernu farmaceutycznego i wychodzimy.

Chwalę. Wyrażam uznanie. Mówię, że niektórzy ludzie nie lubią, a ty sobie wspaniale poradziłeś itp. itd. Jesteś naprawdę dzielny!

Jakiś czas później…

Szymon się przewrócił. Reakcja od “dzielności” odległa jak północ od południa…

Mówię: A pamiętasz jaki byłeś dzielny jak ci pani pobierała krew? Pamiętasz jaka była czerwona a ty byłeś taki dzielny? Widzę zmieniającą się reakcję fizjologiczną. Koniec “mazgajenia się”. Okazało się, że jednak nic się nie stało. Można samodzielnie się podnieść i wcale nie boli. I ogólnie to jest OK. I można wrócić do zabawy. Proponuję, że możemy zrobić taki przycisk, dzięki któremu będziesz dzielny jak tylko będziesz chciał. OK. No to gdzie? Może na uchu? Dobra, no to przypomnij sobie jaki byłeś dzielny wtedy gdy pani pobierała ci krew. Zmiana fizjologiczna na twarzy i na ciele. Dotykam ucha. Za jakiś czas doładowujemy naszą kotwicę dzielności.

Jakiś czas później. Szymonowi coś się nie udało i płacze i użala się nad sobą…

Ja: Włączmy przycisk dzielności.

Szymon: Uhmmm…

Dotykam ucha… Szymon sie uspokaja.

Szymon: Możesz mi pomóc? Spróbuję jeszcze raz…

PS.

Po kilku dniach… W czasie kąpieli moi synowie naciskali sobie nawzajem nos i mówili przy tym “biiip” i rechotali. Bardzo inteligentna rozrywka, nieprawdaż? Przy okazji zlali całą łazienkę.

Gdy wszedłem po chwili nieobecności, a moja mina nie zdradzała zachwytu Szymon stwierdził, że naciśnie MÓJ nos bo tam jest “przycisk dobrego humoru”…

PS2.

Przyciski działają. Zarówno starszy jak i młodszy syn sami korzystają z “przycisków” zwłaszcza dobrego humoru. Co prawda często uciekają się do obrzydliwego manipulanctwa i usiłują uruchomić przycisk dobrego humoru u swojego szanownego ojca lub matki w czysto partykularnych interesach…

PS3.
Czuję, że wystarczy tego pisania o dzieciach - w końcu ile można :-) ? Moj następny wpis będzie zatem na temat neurologicznych podstaw technik typu zmiana historii osobistej, reimprinting, praca z emocjami na linni czasu, itp.