O pożytkach z systemów reprezentacji
Mój młodszy syn ma 3 lata. 3 i pół. Głową to już dawno sięga ponad stół. Sięga też do lodówki kiedy jest głodny i sam wyjmuje sobie ulubione rzeczy do jedzenia. Potrafi sobie posmarować kanapkę tym czym akurat chce. Potrafi włączyć komputer i włożyć płytę do odtwarzacza. Taki ogólnie samodzielny jest. Z jednym małym wyjątkiem.
Nocnik.
Ten sprzęt nie budził w moim dziecku należytego zainteresowania. Należytego z punktu widzenia rodziców oczywiście. Mój syn miał na głowie ważniejsze rzeczy niż pamiętanie o, jakże prozaicznych w porównaniu z zabawą w piratów, albo układaniem wieży z 37 drewnianych klocków, albo bębnieniu, albo byciu nietoperzem który wisi głową w dół na piętrowym łóżku, albo… Zaraz, o czym to ja pisałem? A o tym, że nie pamiętał o jakże prozaicznej sprawie jaką jest załatwianie się w miejscu ogólnie do tego przyjętym. Przynajmniej w pewnym momencie zakładaliśmy z żoną, że “nie pamięta”.
Do przedszkola szliśmy z zapasem 3 par spodni + majteczki + bluza + skarpetki. Na spacer z plecakiem wypełnionym 1/5 zawartości szafy. Pralka chodziła na okrągło. My też. Zmieniając coraz bardziej nieskuteczne strategie: racjonalnego tłumaczenia na przebieranie bez komentarza, tę z kolei na nie reagowanie i czekanie aż sam zwróci uwagę, że mokro (wyjątkowo nieskuteczna i nieekologiczna dla otoczenia), następnie strategię “utrudniania” i “szukania rozwiązań” (widziśz mokro, co teraz możemy zrobić? - acha przebrać się… gdybyś był suchy już mógłbyś się bawić itd.) Ta ostatnia strategia również była nieekologiczna. Jako że nasze dziecię ma tendencje do samodzielności postanowiło pewnego pięknego dnia uporać się z problemem tzw. “grubszego kalibru” samodzielnie. Zwabiony odgłosami wody wypełniającej umywalkę wszedłem do łazienki i zastałem mego syna piorącego swoje ubranie. Fajnie się potem czyściło łazienkę, wierzcie mi…
Aż pewnego pięknego dnia (i jakże brzemiennego w skutkach), kiedy już prawie byłem w stanie uwierzyć, że to wszystko spisek i celowe działanie i rozpacz moja sięgała dna…
No ale, szanowny czytelniku czy już wiesz co łączyło wszystkie te nieskuteczne strategie?
Ple, ple, ple… I nie chodzi mi tu bynajmniej o wiedźmę Pleple.
Zatem tego pięknego dnia postanowiliśmy z żoną przejść na system słoneczkowy. Tzn. przy każdym pomyślnym załatwieniu się rysować na kartce przyklejonej w toalecie uśmiechnięte słoneczko. A przy “wpadce” słoneczko ze skrzywioną miną. Obrzydliwie proste. I takie obrzydliwie behawioralne. Nie bardziej behawioralne chyba niż gadanie. Albo pokazywanie konsekwencji (nie możesz się teraz bawić - kto jest mokry potrzebuje się przebrać).
I wyobraź sobie czytelniku zadziałało. Właściwie już drugiego dnia 100% sukces. Oczywiście drobne wpadki się zdarzały. Ale tendencja była typu jedna porażka na 5 sukcesów. A i skala porażki była mniejsza. I w przedszkolu też działa.
Czasem warto napisać. Narysować. A nie tylko gadać. Naprawdę są tacy co wolą zobaczyć niż usłyszeć.
PS.
Byłbym zapomniał. Pewnego dnia Karol zażądał żeby zamiast słoneczek rysować księżyce. “Wesołe” i “złe” jak to sam określił. A tym “złym” dorysował promienie. Co nie zmieniło funkcjonalności systemu.
Tagi: dzieci, kreatywność, NLP, systemy reprezentacji, wychowanie
marzec 8th, 2010 at 19:20
[...] podstaw NLP i wywiązując się z wcześniejszych moich zobowiązań (patrz PostScriptum#3 z postu O pożytkach z systemów reprezentacji, odniosę się, podobnie jak Łukasz w swoim wpisie o przekonaniach, do artykułu z [...]