Archiwum z styczeń, 2010

Przekonania - ograniczenia czy potencjał dla naszej tożsamości?

Poniedziałek, styczeń 25th, 2010

Tydzień temu miałem przyjemność prowadzić kolejny moduł zajęć Mistrz NLP poświęcony pracy na poziomie ‘Tożsamości’.  Istotą koncepcji poziomów neurologicznych wg Diltsa  jest możliwość opisania i przyporządkowania różnych elementów doświadczenia jednostki. Model ten jest hierarchiczny, więc oddziaływanie i zmiana wprowadzona na poziomie wyższym powoduje zmianę na poziomach niższych*. Poziom ‘Tożsamości’ znajduje się ponad poziomem ‘Wartości’ oraz będącym jeszcze niżej poziomem ‘Przekonań’. O ile wartości są łatwo rozpoznawane przez każdego z nas. Wystarczy zadać sobie pytanie, co jest dla mnie ważne w życiu, pracy, itd.? Udzielone odpowiedzi będą zazwyczaj właśnie kluczowymi dla osoby wartościami. Ciekawiej ma się sytuacja w pracy z przekonaniami. Bez przekonań na temat otaczającego nas świata nie możemy funkcjonować (ciekawe przekonanie ;) ). Każdy z nas ma jakieś przekonania na temat świata, siebie, innych. Mimo tego, że poziom ‘Przekonań’ jest położony poniżej ‘Wartości’ i ‘Tożsamości’ to siła oddziaływań przekonań leży w tym, że w znacznej mierze determinują one nasze postrzeganie świata a co za tym idzie sposób naszego działania. Jeszcze ciekawsze jest to, jak można (a raczej jak często trudno) jest nam zmienić nasze przekonania. Stąd m.in. Richard Bandler stworzył jedną z technik zmiany przekonań. Tego wszystkiego uczą się i zmieniają swoje przekonania uczestnicy szkoleń. Są praktykami – doświadczają zmiany.

W takim razie co mają przekonania do naszych ograniczeń lub potencjału rozwoju tego kim jesteśmy?

Otóż w odpowiedzi chcę przytoczyć fragment pewnej wypowiedzi, jaką przeczytałem w artykule w Rzeczpospolitej dn. 11/01/2010 pt. “Wyspa niewolników nie chce autonomii” poświęconemu zupełnie innemu tematowi tj. sytuacji politycznej na Martynice. To co przykuło moją uwagę to następująca na początku wypowiedź rdzennego mieszkańca wyspy.

– Ciągle boję się psów, choć nigdy żaden nie zrobił mi krzywdy – opowiada dozorca w hotelu w Sainte Luce, miejscowości na południowo- zachodnim wybrzeżu Martyniki. Strach przed uwielbianymi przez białych czworonogami zaszczepili w nim rodzice, którzy dostali go w spadku od swoich rodziców i dziadków. Tych, którzy jeszcze pamiętali czasy niewolnictwa, gdy pies był pomocnikiem białych panów, szukającym zbiegłych z plantacji niewolników.

Jak to jest, że można  bać  się czegoś, czego się nigdy nie doświadczyło? Jak to się dzieje, że można  bać się  psa - przypomnijmy zwierzęcia udomowionego - który nigdy ‘nas’ nie pogryzł. Sceptycy odpowiedzą z pewnością, że przecież i w Polsce można znaleźć wiele osób, które boją się psów, choć nie zostały nigdy pogryzione a znają to jedynie  z opowieści. Ciekawszy aspekt tej wypowiedzi dotyczy dalszej jej części “Zaszczepili w nim rodzice, którzy dostali go w spadku od (…), którzy pamiętali czasy, gdy pies był (tym, który był bardzo niebezpieczny dla tej grupy ludzi)“.

Z punktu widzenia NLP mamy tutaj idealny opis tego jak powstają przekonania (tu: ograniczające) oraz jak język tworzy i kształtuje nasze subiektywne postrzeganie świata. Gdzieś na Martynice kiedyś w czasach niewolnictwa powszechne było używanie psów tak, że ludzie doznawali (dużo) bólu, strachu, przerażenia [negatywnych emocji]. Przekonanie o tym, że psy są niebezpieczne było opisem tamtejszej rzeczywistości. To nie ulega żadnej wątpliwości. Zostało to opisane w wielu przekazach i opowieściach, jakie rodzice przekazywali dzieciom. A te dzieci swoim dzieciom, itd. W międzyczasie otocznie się zmieniło. Niewolnictwa nie ma. Psy, pewnie podobnie jak w Polsce, chodzą po ulicach i czasami kogoś pogryzą a częściej uciekają. To co zostało z tamtych czasów to słowny/werbalny przekaz tych doświadczeń. Przekaz pełen opisów nieprzyjemnych i bolesnych emocji (np. strachu, zagrożenia). Widzimy proces uczenia dzieci przez rodziców nt. potencjalnego zagrożenia. Proces, który odbywa się już tylko za pomocą słów. Bez żadnego bezpośredniego doświadczenia. Nie ma niewolnictwa, nie ma ‘białych z psami’. A strach, emocje przekazane przez osoby ważne w tej opowieści docierają do ich słuchaczy. Stają się częścią ich doświadczenia. Stają się ich przekonaniami na temat otaczającego świata. Tak jak przekonania generalizują to wybrane zasłyszane i wyobrażone doświadczenie oraz towarzyszące mu emocje - być może jest to forma uogólnienia i przekonania “psy są groźne”. To jest ważny punkt.  Bo właśnie tutaj rozpoczyna się odpowiedź na pytanie tego wpisu. Czy takie przekonanie jest ‘ograniczające’? Wiele osób powie pewnie, że tak. Szczególnie jeśli jego posiadacz utrzymując je nie może być sobą. Może byłby świetnym weterynarzem, a mając takie przekonanie wybrał inny kierunek zawodowy.  Zapraszam Cię do przyjrzenia się temu jak powstały twoje własne przekonania? Skąd wiesz, że są one ‘realne’ a może tylko ‘zasłyszane’?

Skąd wiemy, że w pracy:
“nic nie da się zmienić w tym/naszym dziale”; “…. że Iksiński (zawsze) jest złośliwy?”; ”…. zawsze realizuję swoje cele”; “… nigdy nie dogadam się z tym klientem?”;

Skąd wiemy, że:
“… kobiety są podstępne a mężczyźni to dranie”; “… zawsze … [się spóźniam, bałaganię, dobrze się bawię, zdążam na czas]“;

Dla naszego rozwoju i tego kim jesteśmy zawsze lepsze są przekonania związane z różnymi realnymi doświadczeniami. Bo przecież wiemy, że psy są i miłe (do głaskania) i groźne (do omijania). Tak, więc o wiele użyteczniejsze będzie przekonanie, iż są “psy, które gryzą i które są miłe”. Podobnie lepiej (efektywniej dla nas) mieć nawet takie proste przekonanie “często się spóźniam” a idealnie mieć “zdarza mi się spóźniać”. Bo właśnie to ostatnie będzie dawało nam największy potencjał do rozwoju naszej tożsamości, tego abyśmy byli szczęśliwi i realizowali sie w życiu. Czego Życzę wszystkich Czytelnikom w roku 2010.

* - Wielorakość zastosowania koncepcji poziomów neurologicznych wykracza oczywiście poza formułę bloga, więc zainteresowanych odsyłam do literatury oraz praktycznych zajęć (np. darmowy wstęp na comiesięczne spotkanie “Piątki z NLP” u nas w Instytucie).

Onlinerel Facebook Twitter Myspace Friendfeed Technorati del.icio.us Digg Google Yahoo Buzz StumbleUpon

Kotwiczenie codziennych sukcesów (z pamiętnika ojca)

Wtorek, styczeń 19th, 2010

Było już o moim młodszym synu, czas na pierworodnego - pięciolatka. On też ma swój wkład w rozwój praktycznego NLP.

A było to tak:

dostaliśmy skierowanie na morfologię. Tzn. na pobranie krwi. To dobry moment żeby sobie przypomnieć własne doświadczenia z tego zakresu. A jak nie masz odpowiednio traumatycznych to może słyszałeś drogi czytelniku jakąś mrożącą krew_w_żyłach opowieść z cyklu “przychodzi pacjent na pobranie krwi a tam…”.

W każdym razie szliśmy tam (czyli do gabinetu zabiegowego) spokojnie aczkolwiek mój spokój był wg. mojego świadomego umysłu niczym nieuzasadniony (poza wrodzonym optymizmem co jest mało racjonalnym uzasadnieniem). Mimo tych logicznych podszeptów, że JEST się czego obawiać (a jak będzie się wyrywał, a jak pielęgniarka źle się “wkłuje”, a jak…) szliśmy tam jak na piknik naukowy Wiedzy i Życia.

Ja: Zobaczysz jak wygląda krew… pamiętasz jak oglądaliśmy atlas o ludzkim ciele i tam było narysowane….

Szymon: A tam są te pożeracze bakterii i wirusów? zobaczymy je?

Ja: One są mniejsze nie widać ich bez mikroskopu… itd itp.

Wchodzimy do gabinetu na luzie. Pielęgniarce nasz luz się nie udziela. Nerwowo przygryza usta i pyta czy “on” będzie siedział spokojnie. Odpowiadam z nonszalancją, że tak.

Siadam na fotelu, Szymon u mnie na kolanach. Pani pielęgniarka zakłada gumkę uciskową, nieco oszołomiona naszym (nie wiem czy bardziej Szymona czy moim) spokojem wkłuwa się. Szymon mówi: O jaka czerwona. Pani mało nie mdleje z wrażenia. Po czym chwali moją latorośl za dzielność i odwagę i w ogóle. Jeszcze tylko nalepka “dzielny pacjent” z logo międzynarodowego koncernu farmaceutycznego i wychodzimy.

Chwalę. Wyrażam uznanie. Mówię, że niektórzy ludzie nie lubią, a ty sobie wspaniale poradziłeś itp. itd. Jesteś naprawdę dzielny!

Jakiś czas później…

Szymon się przewrócił. Reakcja od “dzielności” odległa jak północ od południa…

Mówię: A pamiętasz jaki byłeś dzielny jak ci pani pobierała krew? Pamiętasz jaka była czerwona a ty byłeś taki dzielny? Widzę zmieniającą się reakcję fizjologiczną. Koniec “mazgajenia się”. Okazało się, że jednak nic się nie stało. Można samodzielnie się podnieść i wcale nie boli. I ogólnie to jest OK. I można wrócić do zabawy. Proponuję, że możemy zrobić taki przycisk, dzięki któremu będziesz dzielny jak tylko będziesz chciał. OK. No to gdzie? Może na uchu? Dobra, no to przypomnij sobie jaki byłeś dzielny wtedy gdy pani pobierała ci krew. Zmiana fizjologiczna na twarzy i na ciele. Dotykam ucha. Za jakiś czas doładowujemy naszą kotwicę dzielności.

Jakiś czas później. Szymonowi coś się nie udało i płacze i użala się nad sobą…

Ja: Włączmy przycisk dzielności.

Szymon: Uhmmm…

Dotykam ucha… Szymon sie uspokaja.

Szymon: Możesz mi pomóc? Spróbuję jeszcze raz…

PS.

Po kilku dniach… W czasie kąpieli moi synowie naciskali sobie nawzajem nos i mówili przy tym “biiip” i rechotali. Bardzo inteligentna rozrywka, nieprawdaż? Przy okazji zlali całą łazienkę.

Gdy wszedłem po chwili nieobecności, a moja mina nie zdradzała zachwytu Szymon stwierdził, że naciśnie MÓJ nos bo tam jest “przycisk dobrego humoru”…

PS2.

Przyciski działają. Zarówno starszy jak i młodszy syn sami korzystają z “przycisków” zwłaszcza dobrego humoru. Co prawda często uciekają się do obrzydliwego manipulanctwa i usiłują uruchomić przycisk dobrego humoru u swojego szanownego ojca lub matki w czysto partykularnych interesach…

PS3.
Czuję, że wystarczy tego pisania o dzieciach - w końcu ile można :-) ? Moj następny wpis będzie zatem na temat neurologicznych podstaw technik typu zmiana historii osobistej, reimprinting, praca z emocjami na linni czasu, itp.

Onlinerel Facebook Twitter Myspace Friendfeed Technorati del.icio.us Digg Google Yahoo Buzz StumbleUpon

O pożytkach z systemów reprezentacji

Poniedziałek, styczeń 11th, 2010

Mój młodszy syn ma 3 lata. 3 i pół. Głową to już dawno sięga ponad stół. Sięga też do lodówki kiedy jest głodny i sam wyjmuje sobie ulubione rzeczy do jedzenia. Potrafi sobie posmarować kanapkę tym czym akurat chce. Potrafi włączyć komputer i włożyć płytę do odtwarzacza. Taki ogólnie samodzielny jest. Z jednym małym wyjątkiem.

Nocnik.

Ten sprzęt nie budził w moim dziecku należytego zainteresowania. Należytego z punktu widzenia rodziców oczywiście. Mój syn miał na głowie ważniejsze rzeczy niż pamiętanie o, jakże prozaicznych w porównaniu z zabawą w piratów, albo układaniem wieży z 37 drewnianych klocków, albo bębnieniu, albo byciu nietoperzem który wisi głową w dół na piętrowym łóżku, albo… Zaraz, o czym to ja pisałem? A o tym, że nie pamiętał o jakże prozaicznej sprawie jaką jest załatwianie się w miejscu ogólnie do tego przyjętym. Przynajmniej w pewnym momencie zakładaliśmy z żoną, że “nie pamięta”.

Do przedszkola szliśmy z zapasem 3 par spodni + majteczki + bluza + skarpetki. Na spacer z plecakiem wypełnionym 1/5 zawartości szafy. Pralka chodziła na okrągło. My też. Zmieniając coraz bardziej nieskuteczne strategie: racjonalnego tłumaczenia na przebieranie bez komentarza, tę z kolei na nie reagowanie i czekanie aż sam zwróci uwagę, że mokro (wyjątkowo nieskuteczna i nieekologiczna dla otoczenia), następnie strategię “utrudniania” i “szukania rozwiązań” (widziśz mokro, co teraz możemy zrobić? - acha przebrać się… gdybyś był suchy już mógłbyś się bawić itd.) Ta ostatnia strategia również była nieekologiczna. Jako że nasze dziecię ma tendencje do samodzielności postanowiło pewnego pięknego dnia uporać się z problemem tzw. “grubszego kalibru” samodzielnie. Zwabiony odgłosami wody wypełniającej umywalkę wszedłem do łazienki i zastałem mego syna piorącego swoje ubranie. Fajnie się potem czyściło łazienkę, wierzcie mi…

Aż pewnego pięknego dnia (i jakże brzemiennego w skutkach), kiedy już prawie byłem w stanie uwierzyć, że to wszystko spisek i celowe działanie i rozpacz moja sięgała dna…

No ale, szanowny czytelniku czy już wiesz co łączyło wszystkie te nieskuteczne strategie?

Ple, ple, ple… I nie chodzi mi tu bynajmniej o wiedźmę Pleple.

Zatem tego pięknego dnia postanowiliśmy z żoną przejść na system słoneczkowy. Tzn. przy każdym pomyślnym załatwieniu się rysować na kartce przyklejonej w toalecie uśmiechnięte słoneczko. A przy “wpadce” słoneczko ze skrzywioną miną. Obrzydliwie proste. I takie obrzydliwie behawioralne. Nie bardziej behawioralne chyba niż gadanie. Albo pokazywanie konsekwencji (nie możesz się teraz bawić - kto jest mokry potrzebuje się przebrać).

I wyobraź sobie czytelniku zadziałało. Właściwie już drugiego dnia 100% sukces. Oczywiście drobne wpadki się zdarzały. Ale tendencja była typu jedna porażka na 5 sukcesów. A i skala porażki była mniejsza. I w przedszkolu też działa.

Czasem warto napisać. Narysować. A nie tylko gadać. Naprawdę są tacy co wolą zobaczyć niż usłyszeć.

PS.
Byłbym zapomniał. Pewnego dnia Karol zażądał żeby zamiast słoneczek rysować księżyce. “Wesołe” i “złe” jak to sam określił. A tym “złym” dorysował promienie. Co nie zmieniło funkcjonalności systemu.

Onlinerel Facebook Twitter Myspace Friendfeed Technorati del.icio.us Digg Google Yahoo Buzz StumbleUpon