Rzeczywistość jest złożona… a co na to doktor House?

30 sierpnia, 2010 przez Przemek Turkowski

Czy gdybyś miał wszystkie dane na temat rzeczywistości podejmowałbyś trafniejsze decyzje?

Zastanawiałeś się zapewne, czy mając więcej informacji podejmuje się  trafniejsze decyzje, stawia doskonalsze diagnozy, dokładniej przewiduje bieg wydarzeń? Odwołując się do terminologii NLP-owskiej czy dokładniejsza mapa zapewnia lepszą skuteczność?

Postawmy się w roli osoby, która przetwarza dane:  analityka, giełdowego inwestora, menedżera, psychiatry, psychologa lub wspomnianego w tytule doktora House’a… Czy łatwiej postawić diagnozę gdy ma się więcej danych? Czy rzeczywiście tzw. “pełniejszy obraz” pozwala trafniej określić co “dolega” kolejnemu pacjentowi?

W jednym z wakacyjnych odcinków do dr’a House’a i jego zespołu trafia niewierzący ksiądz, który prócz objawów wycieńczenia i braku odporności cierpi jeszcze na wizje. Właściwie to właśnie owe wizje Chrystusa w  cierniowej koronie pukającego do jego drzwi stają się powodem zgłoszenia do szpitala. Objawów, jak zazwyczaj w serialu, jest wiele i, jak zazwyczaj w tym serialu, nie dają jasnego obrazu choroby. Tymczasem pacjent zmierza ku progowi, po przekroczeniu którego nie będzie już odwrotu.  Członkowie zespołu dostają kolejne zlecenia na przeprowadzenie badań, a tymczasem nasz doktor ucina sobie pogawędkę z kolegą Wilsonem, na temat motywów religijnej ceremonii, którą Lisa Cuddy pragnie wyprawić dla swojego adoptowanego synka. Scenarzyści przyzwyczaili już nas, że na najlepsze pomysły słynny diagnosta wpada właśnie “przypadkiem” podczas pogawędek z różnymi osobami. I tym razem jest podobnie. Wilson mówi: “Nigdy nie wiesz wszystkiego” (cytuję z pamięci).

I tu pojawia się inspiracja rodem z diltsowkich strategii geniuszy… ale zanim ją opiszę, zadam pytanie: co odruchowo robisz, o czym myślisz, gdy słyszysz od swojego szefa, podwładnego, kolegi, koleżanki sakramentalne: mamy niepełny obraz,  za mało danych, nie wiemy wszystkiego…? Czy przypadkiem nie dążysz do “pogłębienia” obrazu rzeczywistości poprzez zdobycie kolejnych danych?

Co na to dr House? Kuśtyka do swojego gabinetu, gdzie na tablicy wypisane są osiowe objawy i… pozbywa się ich po jednym, zasłaniając kartką papieru poszczególne. Okazuje się, że wyrzucenie jednego z nich powoduje, że puzzle układają się i wyłania się obraz pozwalający podjąć trafne działania zmierzające do wyleczenia pacjenta.

Czasem mniej znaczy więcej. Co ciekawe podobne strategie  działania diagnostów opisywał Gerd Giegerinzer w swojej książce “Intuicja”. Wydaje się, że scenarzyści House’a odrobili pracę domową nie tylko z medycyny…

A my pozostajemy z pytaniem o to ile wystarczy wiedzieć?

Onlinerel Facebook Twitter Myspace Friendfeed Technorati del.icio.us Digg Google Yahoo Buzz StumbleUpon

POLITYKA, MEDIA I „RZECZYWISTOŚĆ” cz. 5

23 sierpnia, 2010 przez Benedykt Peczko

„Teorie spiskowe” I

Dlaczego większość ludzi nie zadaje Wielkich Pytań? Ponieważ odpowiedź, jaką mogą na nie otrzymać, może nie być taka, jakiej oczekują.
- William Arntz, Betsy Chasse, Mark Vicente, Co my tak naprawdę wiemy? Wrocław, Wyd. Manawa, 2008, s. 19.

Tak więc żyjemy w rzeczywistości z baśni o nowych szatach cesarza. Oznacza to, że w naszych czasach tabu jest tak silne, że nie wolno nawet o nim wspomnieć. Jest jak ściśle tajny projekt rządowy, którego sam fakt istnienia jest już tajemnicą. No cóż, na tym właśnie polega tabu: jest tajemnicą; nikomu nie wolno o tym mówić. Gdy tabu zostanie nazwane, gdy zacznie się o nim mówić, będzie to pierwszy krok do pozbycia się go.
- Dr Dean Radin z Instytutu Nauk Noetycznych, źródło jw., s. 20.

Teorie spiskowe (czasem będę używał skrótu TS), to pojęcie bardzo wieloznaczne i nieprecyzyjne. Jednak można odnieść wrażenie, że jest ono coraz częściej używane, a nawet nadużywane przez polityków i media, w wielu różnych kontekstach. Nagminne posługiwanie się tak rozmytą nazwą wywołuje wiele nieporozumień i pomieszania. Na początek chciałbym więc roboczo zdefiniować ten termin, co pozwoli – mam nadzieję – lepiej rozumieć, do czego w istocie próbują nawiązywać tak liczne wypowiedzi w mediach, posługujące się określeniem „teorie spiskowe”. Oraz jakie błędy można łatwo popełnić w ich rozumieniu.

„Teorie spiskowe” w ujęciu ogólnym, to hipotezy wskazujące na ukryte motywy, intencje, decyzje i działania, podejmowane przez wpływowe osoby i/lub instytucje, w celu realizacji ich zamierzeń, często sprzecznych z dobrem obywateli. Hipotezy takie mniej czy bardziej różnią się od tego, co jest podawane w „wersjach oficjalnych”.
Łatwo jednak zauważyć, że TS są obecnie przywoływane w szerszym znaczeniu, i często określa się nimi alternatywne w stosunku do oficjalnych, sposoby rozumienia tego, co się stało lub może stać. Słowo „spisek” sugeruje uwikłanie jakichś osób, które celowo doprowadziły bądź chcą doprowadzić do danej sytuacji. Natomiast dziwacznie brzmi zarzut „teorii spiskowej” pod adresem uwag o awarii, czy awaryjności urządzenia (np. elektrowni atomowej) i wynikających stąd zagrożeń dla ludzi. Tymczasem tak właśnie często jest określana np. przez „lobby atomowe” krytyka nt. wspomnianej energetyki atomowej, a przez „lobby farmaceutyczne” - krytyka pośpiesznie i niewystarczająco testowanych leków, jak np. w przypadku szczepionek przeciw „świńskiej grypie”. Zatem w wyniku upowszechnienia przez instytucje rządowe, korporacje i media pojęcia „teorie spiskowe”, dziś mogą one oznaczać niekoniecznie podejrzenia nt. jakichś zakulisowych intryg, lecz po prostu sposób myślenia odmienny od tego, który jest promowany (nierzadko forsowany) przez „czynniki oficjalne” i współpracujące z nimi media. Wobec tego, znaczenia pojęć „teorie spiskowe” i „niepoprawność polityczna” znacznie się do siebie zbliżyły i nieświadomie łatwo kojarzyć jedno z drugim. Ta zmiana (rozszerzenie) pierwotnego znaczenia „teorii spiskowych” może służyć obecnie jako narzędzie zwalczania odmiennych poglądów, krytyki czy argumentów zagrażających interesom „grup wpływu”. Siła rażenia tej propagandowej broni wzrasta tym bardziej, że określenie „teoria spisku” ma dziś charakter wyraźnie pejoratywny i ośmieszający, a nie tylko opisowy.

Można wyróżnić odmienne kategorie wspomnianych TS, o zróżnicowanym zakresie tematycznym. Niektóre z nich odnoszą się do poszczególnych zdarzeń, jak np. wypadki, katastrofy, epidemie, zamachy itp., inne dotyczą jakichś okresów historii, jeszcze inne dziejów świata w ogóle, a są i takie, których przedmiotem zainteresowania jest władza nad światem. TS mogą być adresowane do prawie każdej sfery działalności ludzkiej – od gospodarki, poprzez politykę, naukę, ochronę zdrowia itd. aż po religię. Różny też jest ich stopień prawdopodobieństwa i udokumentowania (niektóre z nich w ogóle nie opierają się na sprawdzalnych podstawach). Teoriom tym rutynowo przeciwstawia się „wersje oficjalne”. Doprecyzujmy zatem, co się przez nie rozumie.

Przeczytaj resztę tego wpisu »

Onlinerel Facebook Twitter Myspace Friendfeed Technorati del.icio.us Digg Google Yahoo Buzz StumbleUpon

Oksytocyna jest ważna dla każdego. Jak ją “wykorzystać” w sytuacjach stresujących….

16 sierpnia, 2010 przez Łukasz

Dziś w środku wakacji wpis będzie poświęcony interesującemu aspektowi połączenia ciała i umysłu jakim jest wpływ neurohormonów na nasze zachowania. Wpływ hormonów na zachowanie, nastroje jest  coraz bardziej znany dla coraz większej grupy osób. Wynika to m.in. z popularyzacji wiedzy na ten temat oraz z różnego rodzaju badań takich zależności jakie prowadzą różne ośrodki naukowe.

Tytułowy hormon zwany również „hormonem miłości, czułości” jest szeroko znany w położnictwie. Każda kobieta rodząca lub mająca rodzić, wie o  tym jaką rolę odgrywa podczas porodu i karmienia. Jednak z czasem odkryto również jego znaczenie o wiele szersze niż tylko u przyszłych matek. Liczne badania wskazały na fakt, że ten neuroprzekaźnik jest związany z poziomem odczuwania przywiązania i bliskości z partnerem. Stąd popularnie bywa nazywany „hormonem miłości i czułości” i dotyczy to jego poziomu zarówno u kobiet  jak i mężczyzn.

U dorosłych osób oksytocyna wydziela się w sytuacjach wzajemnego dotyku, głaskania, przytulania, bliskości, seksu. Ogólnie mówiąc bezpośredniej kinestetycznej wzajemnej stymulacji. Im regularniejsze i stałe wzajemne dotykanie tym stabilniejszy poziom oksytocyny i jego wpływ na przywiązania się i uczucie bliskości z partnerem.

Ciało i umysł to system połączony. I tak okazuje się, że określone zachowania pozwalają stymulować wydzielanie określonego neurohormonu wpływającego na samopoczucie i emocje partnera. Dokładnie w drugą stronę w ten sam sposób to działa na nas. Kinestezja i aktywność związana z tym kanałem zmysłowym może stymulować nasze odczucia  w relacjach partnerskich.  Zwiększać poczucie bliskości i przywiązania.

A co w takim razie jak nie możemy się bezpośrednio spotkać, dotknąć, przytulić, objąć?

Ciekawy eksperyment przeprowadzili naukowcy z University of Wisconsin-Madison  (Leslie Seltzer i Seth Pollak). Polegał on tym, że grupie 7-12 letnich dziewcząt kazano zaprezentować przemówienie lub rozwiązać zadanie matematyczne. Prezentacji i odpowiedzi udzielali przed oceniającą ich grupą obcych osób. Oczywiście towarzyszyły temu objawy stresu (puls, wysoki poziom kortyzolu). Uczestniczki podzielono na trzy grupy. Jedna z nich miała możliwość  uzyskania wsparcia od znajdującej się przy niej bliskiej osoby. Mama mogła przytulić, objąć w celu dodania otuchy.  Druga grupa nie miała takiej możliwości. Obejrzała 75 minutowe wideo o treści emocjonalnie neutralnej. Trzecia grupa miała kontakt telefoniczny z mamą. Okazało się, że osoby z tej grupy miały taką samą rekację hormonalną co uczestniczki w pierwszej grupie. Bez względu na to, czy miały kontakt fizyczny czy głosowy. Poziom hormonu stresu spadał a  wzrastał poziom oksytocyny. Jak pisze autorka eksperymentu Leslie Seltzer „… głos matki może mieć taki sam efekt co przytulenie. Nawet,  gdy nie ma bliskiej osoby obok.”.  Efekt i wpływ tego działania na system hormonalny jest stały i utrzymywał się nawet po powrocie do domu.

Wnioski z tego eksperymentu są bardzo interesujące. Warto w sytuacjach stresowych wykonać telefon do bliskiej osoby i posłuchać tego jak nas wspiera. Pamiętajmy o tym, że wspierać i okazywać troskę możemy nie tylko gestem, ale również po prostu mówiąc pozytywne rzeczy bliskiej nam osobie. Spokojnie możemy skoncentrować się na naszych działaniach i zachowaniach a nasze ciało (w tym system hormonalny) zareaguje odpowiednio i co ważne bardziej dla nas satysfakcjonująco. Dlatego ważne jest, aby osobom dla nas ważnym, gdy są obok nas okazywać czułość, dotyk, przytulenie. A gdy są dalej w dzisiejszych czasach wystarczy po prostu zadzwonić i mówić to co jest dla nas ważne. Wynioski i pomysły praktycznych zastosowań w tworzeniu lepszych i szczęśliwszych związków, dzieki wykorzystaniu tej wiedzy pozostawiam czytelnikom. W końcu są wakacje :)


Źródło

Onlinerel Facebook Twitter Myspace Friendfeed Technorati del.icio.us Digg Google Yahoo Buzz StumbleUpon

POLITYKA, MEDIA I „RZECZYWISTOŚĆ” cz. 4

10 sierpnia, 2010 przez Benedykt Peczko

Potęga strachu


Operacje wojskowe „Szok i przerażenie” mają na celu wywołanie strachu, poczucia zagrożenia oraz sianie spustoszenia na tak dużą skalę, by przekraczały zdolność pojmowania zarówno całego społeczeństwa, jak i poszczególnych grup społecznych oraz władz. Także zjawiska przyrodnicze jak tornada, huragany, trzęsienia ziemi, powodzie, niekontrolowane pożary, klęski głodu oraz epidemie chorób zakaźnych mogą wywoływać skutki zbliżone do tych, jakie niosą ze sobą operacje „Szok i przerażenie”. - „Shock and Awe: Achieving Rapid Dominance”, doktryna militarna przyjęta przez armię USA w trakcie inwazji na Irak w 2003 r. [cyt. za: Klein N. (2008). Doktryna szoku. Warszawa: Wydawnictwo Literackie MUZA, s. 9]

…politycy potrafią instrumentalizować strach, czerpać z niego korzyści. (…) Politycy czynią ze strachu fetysz i posługują się nim, by pokazać opinii publicznej, że coś się robi, choć oczywiście to nam nie pomaga. To jest rodzaj przedstawienia – spektakl, urządzany przez rząd, by pokazać, jak się stara zapewnić nam bezpieczeństwo. – Benjamin Barber, politolog amerykański (Uniwersytet Maryland): Nie kocham Kasandry. Forum 23.10 – 5.11.2004, s. 4.

W NLP strach, podobnie jak inne emocje uważamy za ważną reakcję organizmu, która informuje nas o czymś dla nas istotnym. W takim ujęciu owe emocje służą realizacji jakieś pozytywnej intencji. W przypadku strachu chodzi konkretnie o „alarm” związany z ewentualnym zagrożeniem życia, zdrowia czy ogólnie rozumianego dobra własnego i innych. Dla naszych przodków takim zagrożeniem mógł być np. trzask łamanej nieopodal gałęzi, podrywające się nagle do lotu stado ptaków, widok drapieżnika czy obcych na swoim terenie. Takie sygnały pociągały za sobą natychmiastowy wzrost gotowości organizmu do obrony lub ucieczki i po zweryfikowaniu potencjalnego zagrożenia podejmowane były odpowiednie działania. Lub też nie, jeśli alarm okazał się fałszywy.
Ten sam mechanizm jest nadal obecny w naszym życiu. Tylko warunki się zmieniły. Spotkanie zwierzęcia w lesie stanowi dla turystów coraz rzadszą atrakcję i zwykle nie wiąże się z niebezpieczeństwem, a jeśli wzbudza emocje, to raczej zadowolenia i ekscytacji. Większość zagrożeń, z jakimi borykali się nasi przodkowie dzisiaj już nie istnieje. Żyjemy w zaawansowanej cywilizacji, która funkcjonuje w oparciu o prawa człowieka i obywatela, a odpowiednie instytucje mają dbać o ich przestrzeganie. Ciągły postęp techniczny dostarcza coraz to nowych udogodnień i zabezpieczeń dla ludzkiego życia. Czy to wszystko sprawia, że mniej się boimy? Ależ skąd! Ten sam postęp stawia nas w sytuacji kolejnych wyzwań i poczucia braku stabilności. Mniejszy czy większy strach jest więc w tym przypadku naturalną, odruchową reakcją. Tym bardziej, że wszystkich potencjalnych zagrożeń chyba nigdy się nie pozbędziemy. Tyle, że dziś w wielu przypadkach o wiele trudniej sprawdzić, czy dane zagrożenie jest realne, ponieważ źródłem alarmu często są nie nasze bezpośrednie obserwacje, tylko informacje przekazywane z drugiej ręki – media, „wypowiedzi oficjalne”, czy choćby wyrażane domniemania.

Jest jednak jeszcze jeden ważny aspekt tej sfery ludzkiego doświadczenia, stanowiący niejako „znak naszych czasów”. Otóż strach stał się potężnym narzędziem wywierania wpływu zarówno w skali lokalnej, jak i globalnej. Historia to zresztą nie nowa. Strach utrzymywał poddanych w ryzach, a odpowiednio ukierunkowany odwracał uwagę od faktycznych zagrożeń, co pozwalało rządzącym kontynuować swoje gry. I tak na przykład znany jest przypadek demonizowania chrześcijan w początkach dziejów ich religii, oskarżanie o rzucanie czarów, o obrażanie rzymskich bogów, knucie spisków, właściwie o wszelkie zło, jakie spotykało cesarstwo. Między innymi Neron słynął z podsycania tego rodzaju opinii. W efekcie strach i frustracje ogółu obywateli rzymskich zogniskowały się właśnie na chrześcijanach, a igrzyska w Koloseum dawały poczucie podjęcia konkretnych kroków w celu eliminacji tego „zła”. Przy okazji przesłaniały fatalny stan państwa i dokonujące się w galopującym tempie osłabianie jego siły przez ówczesne „elity”. Kolejne wieki były na Zachodzie wypełnione strachem przed „karą boską” (w tym kataklizmami, plagami itp.), opętaniem, „czarownicami”, a także samymi władcami.

Okres nowożytny przyniósł szereg nowych zagrożeń, których kumulacja nastąpiła w postaci wojen światowych. Jeśli skupimy się na późniejszej, powojennej historii naszego kraju, to można stwierdzić, że budowano ją na euforii z socjalistycznych „osiągnięć” i przyjaźni polsko-radzieckiej, ale także na sianiu powszechnego strachu – przed kolejną wojną, przed „siłami reakcyjnymi”, „pełzającą kontrrewolucją”, „wichrzycielami z Bonn”, „agentami burżuazji” itp. U schyłku tamtego ustroju zagrożeniem stali się głównie „wichrzyciele” (czyli osoby ujawniające kulisy reżymu), „elementy kryminalne” (czyli protestujący robotnicy i studenci), czy też ogólnie widmo upadku „ładu społecznego i gospodarczego”, który w formie tzw. „władzy ludowej”, stanowił najwyższy etap ewolucji człowieka (tego uczono mnie m.in. na lekcjach biologii w liceum).
Propaganda była wtedy bardzo skuteczna, wręcz wszechogarniająca. Wykorzystywała wszystkie media, szkoły (a nawet przedszkola), uczelnie, sztukę, sport, w istocie każdą dziedzinę życia społecznego. Obywatele od najmłodszego wieku byli poddawani masowemu urabianiu, a jednostki niepodatne, jeśli w dodatku aktywne w opozycji podlegały różnym dotkliwym sankcjom. Ówczesne władze obficie korzystały również z najnowszej wiedzy nt. wywierania wpływu. „Władza ludowa” w Polsce od początku swojego istnienia opierała się w tym względzie na metodach dokładnie sprawdzonych w Związku Sowieckim. Czołowi „aktywiści” byli tam szkoleni i wracali z gotowym know how, jak mawiamy dzisiaj. W ten sposób cała tradycja i technologia propagandy stalinowskiej (a potem kolejnych ekip) była przenoszona do Polski. Z biegiem czasu krajowi komuniści zaczęli czerpać także z dorobku np. francuskich specjalistów w dziedzinie PR (tak było już za rządów Gierka). A nawet wnieśli własny wkład w tę dziedzinę, czego przykładem jest działalność członka PZPR i ORMO (oskarżanego również o tajną współpracę z SB), prof. Józefa Kosseckiego, pracującego m.in. dla Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC PZPR, Wojskowej Akademii Politycznej i Akademii Sztabu Generalnego. Kossecki napisał m.in. Cybernetykę społeczną (Warszawa: PWN, 1975), Cybernetykę kultury (Warszawa: PIW, 1974), Tajniki sterowania ludźmi (Warszawa: KAW, 1984), czy Granice manipulacji (Warszawa: MAW, 1984). Ekipy rządzące się zmieniały, a Kossecki po kolei wspierał je swoją wiedzą. Po przemianach ustrojowych stał się prawą ręką Stana Tymińskiego i od 1995 r. do końca jej istnienia (w 1999) był przewodniczącym założonej przez Tymińskiego Partii „X”.

Tytuły publikacji Kosseckiego mówią wiele o jego zainteresowaniach. Cybernetyka burzliwie się wtedy rozwijała zarówno na Zachodzie, jak i na Wschodzie. Tak więc mniej więcej równolegle do badań Mental Research Institute w Palo Alto (Gregory Bateson, Virginia Satir i inni) oraz następnie twórców NLP, którzy także inspirowali się cybernetyką, prof. Kossecki prowadził własne badania w tej dziedzinie, tyle tylko, że niejako z założenia zastosowanej do celów kontroli społecznej, i przystosowanej na usługi władz politycznych i ich organów. Elementy nowoczesnej wiedzy o sterowaniu ludźmi. Socjotechnika, socjocybernetyka, psychocybernetyka. Skrypt dla oficerów policji autorstwa Kosseckiego (Kielce: Wyd. WZiA Akademii Świętokrzyskiej, 2001) – to konkretny przykład, kto w Polsce był głównym adresatem wyników tego rodzaju badań. Przypadek wspomnianego profesora nie był wcale odosobniony. Można przytoczyć choćby jeszcze prof. psychologii Janusza Reykowskiego, członka Biura Politycznego KC PZPR (do czasu rozwiązania tej partii w 1990 r.) i Komitetu Wykonawczego Rady Krajowej Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego PRON (1983-1989, czyli w czasie reżymu Jaruzelskiego). Jednym z głównych zadań PRON było działanie propagandowe mające na celu wykazanie poparcia społecznego dla wprowadzenia stanu wojennego. Wiedza psychologiczna Reykowskiego i cybernetyczna Kosseckiego (oraz ich towarzyszy) były do tego z pewnością wielce pomocne.

Piszę o tym wszystkim, żeby zwrócić uwagę, że na długo zanim NLP stało się powszechnie dostępne w naszym kraju, praktyczne i zaawansowane techniki komunikacji i wpływu (na poziomie świadomym i nieświadomym) były znane służbom rządowym i masowo wykorzystywane, także przy użyciu mediów. Oprócz narzucania odpowiednio spreparowanych opinii, celem tych oddziaływań było także wywoływanie u odbiorców określonych emocji, głównie strachu. Pamiętam np. jak w pierwszym okresie stanu wojennego powtarzano program przekonujący do tego, że interwencja zbrojna w Kopalni Wujek (gdzie zginęło 9 górników, a wielu zostało rannych) była konieczna i że zapobiegła dużo większemu złu. W programie wykorzystywano m.in. ujęcia filmowe przedstawiające stosy prętów stalowych, dużych śrub i nakrętek, łańcuchy itp., wszystko to rzekomo przygotowane przez górników do tego, by ranić, a zapewne i zabijać „funkcjonariuszy” chcących zaprowadzić „ład i porządek”. Obrazom towarzyszył podkład muzyczny, w którym wykorzystano powtarzany wielokrotnie ten sam początkowy motyw utworu „Ricochet” zespołu Tangerine Dream. To ciężka muzyka elektroniczna, która dla większości ówczesnych odbiorców była zupełnie obca i zapewne nieprzyjemna. Jej brzmienie wraz z obrazami i powtarzanymi grobowym głosem narratora okropnościami, do jakich by pewnie doszło, gdyby nie było „interwencji” po prostu budziło grozę. Byłem wtedy dopiero na III roku psychologii, ale od razu potrafiłem docenić siłę tej manipulacji i jej „profesjonalizm”. Ja w tamtych latach byłem fanem Tangerine Dream, więc budził we mnie oburzenie fakt tak ohydnego wykorzystania muzyki tego zespołu przez komunistyczny reżym militarny. Traktowałem to jak profanację. Ale skuteczności temu zabiegowi nie mogłem odmówić. W tym samym czasie moje koleżanki i koledzy ze studiów – 20-letni i nieco starsi – byli katowani (dosłownie) w areszcie na Rakowieckiej w Warszawie tylko dlatego, że uczestniczyli w „zgromadzeniach”, zakazanych w stanie wojennym. Ale tego mogłem się dowiedzieć tylko bezpośrednio od nich. Bo media trąbiły o czynnikach przestępczych zagrażających socjalistycznej ojczyźnie.
Co ciekawe, jeśli „oddziały interwencyjne” (ZOMO itp.) w ogóle były pokazywane w telewizji, to co najwyżej z tarczami, pałkami, działkami wodnymi itp. Z reguły nie pokazywano ich uzbrojonych w kałachy z ostrą amunicją, z wozami pancernymi i czołgami. A przecież to były ich podstawowe „narzędzia pracy” podczas pacyfikowania stawiających opór obywateli.
Tak czy inaczej „sztuka” manipulacji także w polskich mediach oraz rządzenie poprzez strach ma długą tradycję, która bynajmniej nie zaginęła, lecz wręcz przeciwnie została obecnie wzbogacona o najnowsze zachodnie osiągnięcia w tej dziedzinie. I trudno się temu dziwić. Josef Goebels ponoć zachwycał się dziełem wspomnianego w innym miejscu siostrzeńca Freuda, Edwarda L. Berneysa pt. Propaganda. Sam szef propagandy III Rzeszy, jak i jego współpracownicy czerpali z niego wieloraką inspirację i metody. Z kolei po wojnie w ramach programu o kryptonimie „Paper clip” USA przetransportowały na swój teren ok. 2 000 hitlerowskich specjalistów z różnych dziedzin, w tym także od masowej manipulacji – kółko się zamknęło. Wprawdzie z tego powodu wielu zbrodniarzy wojennych nie stanęło przed sądem, choć powinno, ale za to ich „kompetencje” się „nie zmarnowały” i posłużyły imperium amerykańskiemu. „W przyrodzie nic nie ginie”, chciałoby się powiedzieć.

A jak jest dzisiaj? Jeśli wziąć pod uwagę to, co podają media, to zagrożeń wydaje się być nieporównanie więcej, niż kiedykolwiek. Po części wynika to ze znacznie większej wiedzy o świecie, lecz w dużej mierze ze zglobalizowanej polityki (także „informacyjnej”), której media masowe są nieodłącznym organem. Kataklizmy, terroryzm, „globalne ocieplenie”, epidemie, kryzysy gospodarcze i wiele innych zagrożeń – wszystko to powoduje, iż wydaje się niemal cudem, że ludzkość jeszcze istnieje. Nie chodzi wcale o bagatelizowanie tego rodzaju czynników, ale o sposób wykorzystywania ich i nagłaśniania przez propagandę medialną. Brytyjska dziennikarka, Anjana Ahuja, ujmuje to w ten sposób:

Pokolenie lat 70. określał niemal paniczny strach przed atomem. Wnikał on w naszą zbiorową podświadomość poprzez telewizję, książki i gazety. (…) W 1978 r. Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne zbadało, że 44 procent uczniów żyje w permanentnym strachu przed wojną; pewna 11-latka wyznała, iż najbardziej boi się, że nie będzie miała czasu popełnić samobójstwa, gdy wojna się zacznie.
Dziś to nie atomowy grzyb jest zagrożeniem dla psychiki dzieci, lecz emisja dwutlenku węgla. Nową zmorą są zmiany klimatyczne, które podtapiają narody, zatruwają niebo i zabijają niedźwiedzie polarne.

Następnie autorka opisuje, jak to spot telewizyjny, który nie został autoryzowany przez Advertising Standards Authority, samorządową instytucję branży reklamowej w Wielkiej Brytanii, ale mimo to rozpowszechniono go w mediach, ukazuje ojca czytającego córce do snu książkę o tym, co się stanie, gdy świat się ociepli, w której to książce jest np. obrazek pieska tonącego z powodu „globalnego ocieplenia” (Ahuja A.: Kiedyś straszyli dzieci atomem, dziś ociepleniem. Polska The Times, 20-21.03.2010, s. XII). Od Polaków odwiedzających Anglię wiem, że np. w Londynie ten obrazek był przedstawiany również na wielkich bilboardach. Nic dziwnego, podkreśla Ahuja, że przeprowadzony w Australii sondaż, obejmujący 500 dzieci w wieku od 6 do 11 lat wykazał, że jedna trzecia z nich uznała, iż ziemia zniknie, nim one dorosną (jak wyżej).

Z powodu strachu ludzie gotowi są do daleko idących wyrzeczeń, tolerują rażące nadużycia, fałszerstwa i wyzysk, znoszą cięcia budżetowe, ograniczanie swobód obywatelskich i wiele innych restrykcji, jak ma to miejsce np. w USA. Patriot Act wprowadzony 26.10.2001 r. miał zostać zniesiony w 2005 r., ale obowiązuje do dziś, podtrzymany przez prezydenta Obamę. Ustawa ta zezwala na wzmożoną inwigilację obywateli (podsłuchiwanie, śledzenie, w tym transakcji finansowych) bez zgody sądu. Wystarczy podejrzenie o terroryzm, donos itp. Dopuszcza także dożywotni areszt bez zgody sądu i prawa do obrony. Z kolei Amerykańska Agencja Zarządzania Kryzysowego (FEMA) ma prawo (w przypadku tzw. „czerwonego alarmu”) przejąć czyjąkolwiek własność prywatną i fundusze, przejąć władzę nad transportem i drogami, otoczyć kordonem miasta, a ludność umieścić w obozach. Szacowne szczątki „ojców założycieli” pewnie przewracają się w grobach. To niezwykłe, że sytuacja ta jest tolerowana przez społeczeństwo, mimo iż dziennikarze wykazali, że osoby, które ustanowiły te przepisy (Bush junior i jego ludzie) np. w 125 przemówieniach o Iraku skłamały 237 razy! (Courage S., Powiem prawdę, całą prawdę i tylko prawdę. Forum, 15-21.11.2004, s. 31; źródło oryginalne: Le Nouvel Observateur, 7.10.2004). No ale przecież to wszystko dla „bezpieczeństwa narodowego”. Strach paraliżuje, tym bardziej gdy jest odpowiednio wyolbrzymiony i podsycany.

A właściwie lęk. W psychologii odróżnia się bowiem strach jako emocję wywołaną realnym zagrożeniem, od lęku, który powstaje w wyniku zagrożenia domniemanego, wyobrażonego, mniej czy bardziej prawdopodobnego, ale którego nie zwiastują żadne bezpośrednie sygnały alarmowe. Pamiętam jak po 11 września 2001 Wojtek Eichelberger powiedział w telewizji: teraz już nikt na świecie nie może czuć się bezpiecznie (jakby wcześniej mógł). No właśnie, to taki rodzaj myślenia rozbudza lęk. Zaczynamy myśleć o zagrożeniu jako wszechobecnym. Nie ważne, że nie ma w danej chwili żadnych jego oznak, ale ono „czai się i nie wiadomo gdzie i kiedy uderzy…”. Kiedyś uważano takie nastawienie za symptom nerwicy lub nawet zaburzenia paranoidalne, a dziś produkuje się go masowo.
Podtrzymywanie permanentnego stanu zagrożenia powoduje, że odczuwany w efekcie lęk ma zupełnie inny charakter, niż strach spowodowany sygnałem alarmowym, informującym o konkretnym i mierzalnym zagrożeniu (biegnący w naszą stronę pies z wyszczerzonymi zębami, za szybko nadjeżdżający samochód, kiedy przechodzimy na pasach, świadomość braku kompetencji do wykonania danego zadania itp.). Bowiem zagrożeń obwieszczanych przez polityków i media nie da się bezpośrednio zweryfikować. Musimy w takich przypadkach opierać się na wierze (lub nie) w opinie innych osób. Musimy zakładać (lub nie) ich dobrą wolę i działanie zgodne z prawdą. Ale jak wskazuje choćby wspomniany przykład wypowiedzi Busha & Co., sprawa nie jest taka prosta (co gorsza, niepewność w tym względzie także rodzi niepokój). Równie mało optymistyczne w tym względzie, a często wręcz szokujące są zestawienia obietnic wyborczych z późniejszymi działaniami rządu. Niestety w takiej sytuacji umiejętności składające się na inteligencję emocjonalną w ujęciu NLP są niewystarczające. NLP uczy jak rozpoznawać konkretne przyczyny naszych uczuć, ich pozytywne intencje oraz jak znajdować sposoby konstruktywnego ich spełnienia. W szczególnych przypadkach, gdy np. lęk jest zakorzeniony w przeszłości (fobie itp.), NLP dostarcza narzędzi pozwalających uwolnić się od tego balastu i rozwinąć emocje adekwatne do naszych zasobów, które posiadamy lub możemy rozwinąć jako dorośli. Ale w sytuacji ciągłego zanurzenia w polu bliżej nieokreślonych zagrożeń, w większości pozostających poza naszą kontrolą a powtarzanych publicznie tysiące razy, wspomniane metody nie wystarczają. Potrzebne jest wówczas dokonanie gruntownej rewizji mapy świata, jaką narzuca nam otoczenie, reprezentowane m.in. przez media. I równie uważna analiza sposobu, w jaki prowadzona jest propaganda. Dlatego też zajmujemy się tymi tematami tutaj. Niestety przeciętny obywatel nie jest w stanie tego dokonać.

Poczucie bezpieczeństwa jest jedną z podstawowych potrzeb ludzkich. Jak zauważa David Goleman, strach jest naszym ewolucyjnym dziedzictwem (wspólnym ze zwierzętami), umożliwiającym przetrwanie. I podobnie jak inne emocje jest bodźcem skłaniającym do działania i szybkich decyzji mających na celu ratunek (Inteligencja emocjonalna. Poznań: Media Rodzina, 1997, s.25-27). Jeśli sami nie możemy ich podjąć, jak obecnie w przypadku wielorakich rozmytych zagrożeń, to jesteśmy skłonni z ulgą przyjmować szybkie decyzje i działania różnych instytucji, służb, „przywódców” itp. Tak działa ten archaiczny mechanizm w „nowoczesnych warunkach”. Instynkt przetrwania góruje nad krytycznym myśleniem. Równocześnie gdy brak poczucia bezpieczeństwa, ludzie automatycznie skupiają się raczej na faktycznych lub fikcyjnych zagrożeniach i sposobach ich uniknięcia, niż np. na zastanawianiu się nt. słuszności decyzji podejmowanych przez rządzących i stawianiu im niewygodnych pytań. Gdy zagrożenia zdają się być zróżnicowane i permanentne, społeczeństwo w większości zostaje niejako sparaliżowane i zakneblowane. Pamiętajmy, że wystarczą same obrazy i wypowiedzi, aby odbiorcy tworzyli reprezentacje zmysłowe i towarzyszący im, fizycznie odczuwany stan zagrożenia. Nie musi to być od razu reakcja „porwania emocjonalnego”, jak je określa Goleman, lecz przewlekły stan niepokoju i napięcia, gdy nagłaśniane zagrożenia są długotrwałe, a tym bardziej gdy pojawiają się coraz to nowe. Na poziomie fizjologicznym stanom takim towarzyszy podwyższone ciśnienie i tętno, płytszy oddech (na dłuższą metę powodujący niedotlenienie) oraz ogólne pobudzenie sympatycznego układu nerwowego (reakcja stresu). Niekiedy jednak oddziaływania medialne napędzające lęk mogą nawet porwać emocjonalnie odbiorców.
Przekonali się o tym na własnej skórze Amerykanie, a pośrednio reszta świata, gdy 30.10.1938 r. rozgłośnia radiowa CBS wyemitowała słuchowisko „Wojna światów” na podstawie powieści science fiction Herberta George Wellsa. Audycja miała formę relacji „na żywo” z ataku Marsjan. W sposób bardzo realistyczny aktorzy w roli reporterów opowiadali o klęsce Ziemian, o zniszczeniu Nowego Jorku, o nieziemskich okropnościach, o bezradności wojska i policji. Reakcja słuchaczy była szokująca:

Miliony ludzi w Stanach Zjednoczonych uwierzyły, że nadawana przez CBS audycja jest relacją autentycznych wydarzeń. Nastąpiła powszechna panika. Tysiące przerażonych ludzi dzwoniło na policję, pytając, co robić. Niektórzy wybiegali na ulicę z mokrymi ręcznikami na głowach, myśląc, że nastąpił atak gazowy. W Indianapolis jakaś kobieta wpadła do kościoła - w którym właśnie odprawiała się msza - krzycząc: “Nowy Jork zniszczony, to koniec świata!”. Wielu ludzi trafiło do szpitala z objawami rozstroju nerwowego. Zanotowano wypadki śmiertelne, a straty materialne wyniosły ok. 750 tys. dolarów. (http://kalendarium.polska.pl/wydarzenia/article.htm?id=66397)

Oto potęga mediów, potęga słowa i ludzkiej wyobraźni. A przecież dziś media są nieporównanie bardziej zaawansowane technicznie i oddziałują nie tylko słowem.

Jest jeszcze jeden rodzaj lęku, który w kontroli społecznej spełnia ważną rolę. To lęk przed tzw. „wykluczeniem”. Wykluczenie społeczne to pojęcie ostatnio modne i często używane przez polityków. Jest ono zapożyczone z socjologii i w uproszczeniu oznacza takie nastawienia do jednostek, grup oraz ich poglądów, oraz podejmowane w ich wyniku działania, które niejako usuwają te jednostki i grupy na margines danej wspólnoty społecznej. Tego typu ekskluzja (wyłączenie), jak powiadają socjologowie, dokonuje się np. wtedy, gdy ktoś wypowiada się w sposób, który nie pasuje do ogólnie przyjętej konstrukcji rzeczywistości, „uprawomocnionej” przez dominujących „aktorów” sceny społecznej. „Aktorami” mogą być ugrupowania polityczne, naukowcy, wyznawcy danej religii czy jakiegokolwiek światopoglądu oraz wszelkie grupy interesu dążące do maksymalnego rozszerzenia swojej kontroli. Poniżej przytaczam wypowiedź socjologów, która choć używa innych pojęć, jest bardzo zbieżna z poglądami NLP. Stwierdza ona, że dominujący „aktorzy” określają zagrożenia ze strony myślących inaczej, których

reguły, normy i wartości definiowane są jako złe, głupie czy niebezpieczne. I wreszcie definiowane jest to, co uznawane jest za niestosowne, niewłaściwe lub wręcz irrealne, nierzeczywiste, czyli pozostające poza obrębem społecznych granic sensowności.
Innymi słowy, ci, których wartości i normy definiowane są jako złe, nie mają prawa do uczestniczenia w grze konstruującej społeczną rzeczywistość – zostają zeń wykluczeni. Najistotniejsze znaczenie …przypisuje się właśnie odmiennym regułom, normom i wartościom. Konstytuują one bowiem odmienne orientacje – perspektywy, …które nie mogą dojść do głosu w kwestiach związanych z definiowaniem społecznej rzeczywistości przez grupy dominujące.

(Sojak R., Wincenty D. (2005). Zagubiona rzeczywistość. O społecznym konstruowaniu niewiedzy. Warszawa: Oficyna Naukowa, s. 77)

Lęk przed wykluczeniem społecznym ma charakter bardzo pierwotny. W zamierzchłej przeszłości takie wykluczenie często równało się śmierci, bo poza społecznością trudno było przetrwać. Ale jeszcze boleśniejsza była utrata tożsamości wspólnotowej, poczucia przynależności i połączona z tym samotność. Obecnie, w dobie indywidualizmu łatwiej poradzić sobie z odrzuceniem ze strony danej grupy. Niemniej wówczas, gdy „aktorzy” dominujący urastają w siłę, narzucają określone normy i opinie oraz eliminują inne, to głoszenie tych innych lub choćby okazywanie sympatii ich zwolennikom (nawet jeśli z powodów odmiennych, niż ich światopogląd), łatwo się narazić na presję, sankcje, ośmieszenie, a może nawet… wykluczenie. Lęk przed ośmieszeniem to bardzo silna emocja, która może też być równie silnym czynnikiem motywującym (do zachowań zadowalających grupę dominującą) i/lub demotywującym („lepiej się nie wychylać”). Ośmieszenie często spycha jednostkę lub grupę na doły hierarchii społecznej, niekoniecznie w sensie materialnym, ale w wymiarze opinii, uznania, docenienia, prestiżu itp.

Z punktu widzenia socjologicznego dochodzi więc do sytuacji, w której nawet w społecznościach deklarujących wolność przekonań i wypowiedzi (oraz inne swobody obywatelskie), wcześniej czy później pojawia się ryzyko podejmowania przez grupy kontroli działań mających na celu ograniczanie (często niejawne) tych swobód. Szczególnie w przypadkach, gdy korzystający z nich obywatele lub ich grupy zaczynają inaczej definiować to, co jest właściwe, sensowne, wartościowe itp. Oczywiście grupy dominujące potrafią znaleźć w ramach własnej konstrukcji rzeczywistości niezliczone argumenty przemawiające za „słusznością”, „racjonalnością” i „prawością” ich działań. Dlatego świat roi się od Robespierrów, którzy z początkowych przeciwników (metaforycznej) kary śmierci przekształcają się w czołowych zwolenników (metaforycznej) gilotyny, co w dodatku potrafią pięknie i na różne sposoby uzasadnić.
W ujęciu socjologicznym to dość „naturalny” proces, skoro – przypomnijmy – jedno z głównych zadań dominującej grupy społecznej to nieustanne umacnianie i rozszerzanie kontroli. A skoro tak, to nigdy tej kontroli, siły wpływu i dominacji nie jest dość. Wolność słowa i przekonań staje się wtedy „oficjalnie” głoszonym sloganem, podobnie jak szacunek dla opozycji i nawoływanie do współpracy i pojednania. W rozumieniu (świadomym czy też nie) owo pojednanie mogłoby się dokonać tylko wtedy, gdyby opozycja przyjęła poglądy i reguły dominujących. Lub gdyby przynajmniej zajęła w stosunku do nich pozycję neutralną. Jeśli nie, to pozostaje ją ośmieszyć, zdyskredytować i wykluczyć, a jeśli jest zbyt uporczywa – nawet unicestwić. Tak więc paradoksalnie, jeśli dominująca grupa społeczna straszy obywateli (często opozycją) i jeśli tak zajadle, nie przebierając w środkach zwalcza opozycję czy jakąkolwiek krytykę, to czyni to… ze strachu. Przed utratą swojej dominacji. I tak błędne koło strachu się zamyka.

Cóż nam pozostaje w takich okolicznościach? Chyba przede wszystkim się roześmiać. Śmiech jest szybką drogą dostępu do swoich zasobów i zwiększa dystans (dysocjacja) w stosunku do sytuacji. A ten jest niezbędny, szczególnie w przypadku pracy z emocjami, i to tak pierwotnymi jak strach.

Benedykt Krzysztof Peczko

Onlinerel Facebook Twitter Myspace Friendfeed Technorati del.icio.us Digg Google Yahoo Buzz StumbleUpon

Ograniczające przekonania a neuroplastyczność mózgu

02 sierpnia, 2010 przez Łukasz

Mamy środek wakacji, w czasie którego doświadczamy wielkiej zmienności … pogody. W jednym tygodniu mamy temperatury prawie tropikalne +35. W kolejnym całe 20 stopni mniej. Taka pogoda, wymaga od nas dużej elastyczności. Nie tylko na poziomie fizjologicznym, choć w znacznej mierze od tego się zaczyna. Elastyczność obejmuje nie tylko sposób odczuwania np. temperatur, ale ogólnie umiejętność reagowania w różnych często zmieniających się warunkach otoczenia. Jedne z bardziej użytecznych i  inspirujących zalożeń NLP dotyczących elastyczności brzmią:

„Ci, którzy wykazują największą elastyczność w myśleniu i działaniu, najłatwiej osiągają swoje cele”.

Oraz

„Gdybyś działał(a) zawsze tak samo, zawsze osiągał(a)byś to samo. Jeśli chcesz uzyskać coś innego, musisz zrobić coś nowego”.

Założenia, jak to założenia są bardzo mądre, praktyczne i rzeczowe. W wielu sytuacjach się sprawdzają i są inspirujące. Jednak założenia funkcjonują jako przekonania o otaczającym nas świecie. W dodatku nawet jeśli są dobre dla osoby, której je przytaczamy mogą być postrzegane o wiele słabiej niż jej własne przekonania nt. własnej elastyczności w myśleniu i działaniu.

Tak się składa, że w czasie wakacji miałem okazję przyjrzeć się zachowaniom różnych dorosłych osób. Były to sytuacje życia codziennego, w końcu to wakacje. To co przykuło moją uwagę, to fakt, że w różnych sytuacjach w których należało wykonać nową czynność, której do tej pory te osoby nie zrobiły (np. nauczyć się jakiejś funkcjonalności użycia komputera, załatwić sprawę osobistą w urzędzie w sposób inny niż dotychczas) osoby te ‘odmawiały’ nauki tego nowego zachowania lub działania. Stwierdzajały, że są już ‘za stare’ lub po prostu dorosłe  i trudno im to nauczyć się nowego sposobu działania. Widać było po nich, że nie do końca są z tego faktu zadowolone.  Jednak nie zmieniały swojego nastawienia do tych nowych działan, mimo wspierającego podejścia osób z ich otoczenia.

W sytuacji w której przytaczałem wspomniane założenia, podczas luźnej rozmowy, padały różnego rodzaju argumenty mające wskazywać, na większą korzyść związaną z postawą otwartości i elastyczności w myśleniu oraz działaniu. Finalną kropką nad ‘i’ stały się dopiero argumenty oparte na badaniach naukowców (neurobiologów) z MIT w Kalifornii. W prostym eksperymencie wykazali oni, że u dorosłych osób adopcja do nowych sytuacji na poziomie percepcji zmysłowej i ich zmian następuje neurologicznie praktycznie natychmiast (czas ~2sek.). Tak, więc nasz mózg wykazuje się dużą plastycznością w działaniu (elastycznością w reagowaniu) na zmieniające się warunki w otoczeniu. Wnioski z tych badań są bardzo budujące. Możliwości naszego mózgu i umysłu są cały czas w znacznej mierze w okowach przekonań ograniczających. Z jednej strony poszerzać je możemy stosując wspierające bardziej użyteczne przekonania, z drugiej strony badając na poziomie neurologicznym funkcjonowanie naszego mózgu. Obie drogi się uzupełniają, dając nam możliwość bardziej satysfakcjonującego życia.

Onlinerel Facebook Twitter Myspace Friendfeed Technorati del.icio.us Digg Google Yahoo Buzz StumbleUpon

Szybka zmiana perspektywy - vivat przeformułowanie

26 lipca, 2010 przez Magda Mastalerz

Czy Wy też choć raz bawiliście się  - przynajmniej jako dzieci- w wymyślanie czym tak naprawdę mogą być, barwne plamy, sęki w deskach lub przepływające chmury?  Mnie do tej pory  zajmuje „dokańczanie” tego co w przyrodzie niedopowiedziane. Mrużę oczy i pozwalam sobie na ciekawość : co tym razem zobaczę. I zjawiają się całe hordy postaci, a to ludzie , a to zwierzęta, a to symbole.  Zrobiła się z tego całkiem pasjonująca dyscyplina rodzinna. Ostatnio nad chorwackim morzem mój synek  wykrzyknął: mamo, spójrz jaki monstrualny krab! Spojrzałam odruchowo w dół, ale po chwili córka uświadomiła mi,  że mam patrzeć na obłoki, gdzie  - jej zdaniem – zaraz obok kraba  przepływał wypisz wymaluj, płetwonurek.  Wszystko się zgadzało, filtry percepcji pozwoliły moim dzieciom widzieć w kształtach na niebie całkiem bliską im rzeczywistość. Synek przecież całymi dniami „pasie” nad morzem krabiki a ruda robi kurs płetwonurka.  Im kto ma większe pole doświadczenia tym więcej też może „zobaczyć”.  Nie dojrzysz niczego czego byś nie przeczuwał, że dojrzeć możesz.
Podobnie rzecz się ma z przeformułowaniami, czyli z możliwością obejrzenia dowolnego zjawiska z różnych stron. Artyści wiedzą, że z każdej z trzech klasycznych perspektyw (żaby, człowieka i z lotu ptaka) widać zupełnie inaczej. Każda perspektywa daje widok trochę inny, z jednej strony trochę dodaje, z innej ujmuje szczegółów. Żadna z perspektyw nie jest bardziej lub mniej prawdziwa. Przecież wszystkie istnieją jednocześnie. Oczywiście my jako ludzie, na co dzień  bardziej znamy tę „naszą” i to ona będzie podpowiadała nam rozwiązania. Ale już na przykład w architekturze przyjęło się od setek lat, projektowanie przestrzeni  z lotu ptaka (stąd przecież mamy makiety), podobnie przy opracowywaniu strategii bitew wodzowie już od wieków korzystają z perspektywy przestrzennej. Specjaliści z różnych dziedzin z dawien dawna wiedzą, że rzeczy mogą różnie wyglądać z różnych stron i to, co wydaje się z jednego punktu widzenia wadą, może okazać się atutem innej.
Zawsze, kiedy wydaje nam się , że jesteśmy w impasie warto pomyśleć: a co może dla mnie wynikać z tej sytuacji pozytywnego? Jak mogę i z tego zdarzenia nauczyć się czegoś nowego, jak mogę je wykorzystać i przekuć na swój zysk, tak by nie złapać się w pułapkę bycia ofiarą okoliczności.
Czasem taka postawa każdemu z nas przychodzi z łątwością i założę się, że każdy ma na swoim koncie całkiem niezłą ilość wspierających przeformułowań.
A czasem jest to niezłe wyzwanie. Dla mnie takim wyzwaniem były ubiegłe wakacje, a epilog dopisalismy sami. Otóż dwa lata temu byliśmy (ja, mąż i dwójka dzieci) w Chorwacji pod namiotem. Zakochaliśmy się , rzecz jasna, w jej klimacie, kolorach morza, skał, i nawet w tym paskudnym rwetesie jaki robią cykady.  Z wielką radością przygotowywaliśmy się do odwiedzenia tego kraju ponownie. Planowaliśmy, snuliśmy marzenia, ogólnie trwała atmosfera przygotowań do cudnych wakacji.  Na cztery dni przed wyjazdem jakiś komar albo inne paskudztwo ukąsiło męża w łokieć. Kto by się tym przejmował. Na dzień przed wyjazdem mąż trafił do szpitala w stanie ciężkim, przedseptycznym. Ręka sfioletowiała i spuchła. Zakażenie z zatrważającą prędkością obejmowało kolejne centymetry ciała.  Lekarz tłumaczył mi: wie Pani, z zakażeniami to nigdy nie wiadomo jak się skończy, w medycynie nic nie ma na pewno.
Walić wakację -myślałam,- żeby tylko mój mąż wyzdrowiał. Wracałam do domu, gdzie patrzyły na mnie dwie pary dziecięcych oczu.  Wiedziałam, że boją się o ukochanego tatę.  Wiedziałam, że wszyscy potrzebujemy zająć czymś głowy i ręce. Przypomniałam sobie, że synek po wakacjach idzie do zerówki i dobrze byłoby przekształcić jego żółty, kaczuszkowy pokój na chłopięcą dźunglę. Kochani – zarządziłam – bierzemy się za remont pokoju, liczę na waszą pomoc.  I przez dziesięć następnych dni we trójkę wyżywaliśmy się na  dwunastometrowej przestrzeni. Zdzieraliśmy tapety, szpachlowaliśmy, szlifowaliśmy, malowaliśmy, wierciliśmy  w betonie, żeby powiesić karnisze, aż w końcu  wytapetowaliśmy połowę pokoju na zielono. Rodzina skanalizowała swój niepokój w najbardziej praktyczny ze sposobów, który przyszedł mi wtedy do głowy. Tata wyzdrowiał i wrócił do domu z zakazem oddalania się od szpitala, bo „róża przyranna lubi nawracać”. Zanim wrócił, zdążyliśmy jeszcze rozśmieszyć go przynosząc co chwila do szpitala inny ze sprzętów kupionych „do Chorwacji”.  A to ręcznik, a to kubek termiczny, a to krzesło turystyczne.  Powiedzieliśmy mu, że może spokojnie chorować, bo na pewno niczego mu nie zabraknie.
W tym roku jesteśmy już „po”  cudownych wakacjach. Byliśmy wszędzie tam gdzie podpowiadały nam nasze marzenia. Mąż i córka zdobyli licencje płetwonurków w Chorwacji. Ja zobaczyłam Genuę, synek szalał  we włoskim miasteczku zabaw w Mirabilandii.
Pewnego wieczoru nad jeziorem Bodeńskim, pełni wrażeń po przejeździe przez Alpy Szwajcarskie i przez Lichtenstein, sedząc przed namiotem powiedzieliśmy sobie na głos: dzięki temu, że w zeszłym roku plany wakacyjne spełzły na niczym, teraz mieliśmy więcej zaoszczędzonych pieniędzy i aż trzy tygodnie urlopu.
Właśnie w to, że tak będzie wierzyliśmy rok temu walcząc o przetrwanie.

Onlinerel Facebook Twitter Myspace Friendfeed Technorati del.icio.us Digg Google Yahoo Buzz StumbleUpon

POLITYKA, MEDIA I „RZECZYWISTOŚĆ” cz. 3

18 lipca, 2010 przez Benedykt Peczko

Język wpływu i agresywne metafory

Nasza praca polega na dawaniu ludziom nie tego, czego chcą, ale tego, co my uważamy, że powinni dostać - Richard Salant, były prezes CBS News

Na początek chciałbym pokrótce przypomnieć, jaką rolę odgrywa struktura języka w funkcjonowaniu jednostek i grup. W konsekwencji łatwiej będzie pojąć rolę języka w sprawowaniu władzy, także tej medialnej.

W NLP wiele miejsca poświęca się wzorcom komunikowania się, werbalnego i niewerbalnego, które usprawniają porozumiewanie między ludźmi, zwiększanie jego precyzji i jednoznaczności. Zbiór tych wzorców opracowany przez Grindera i Bandlera nosi nazwę meta-modelu językowego. Jego odkrycie było wynikiem długotrwałego procesu analizy sposobu komunikowania się Perlsa i Virginii Satir z pacjentami. Twórcy NLP wykorzystali do tego celu pojęcia i narzędzia semantyki ogólnej Alfreda Korzybskiego, gramatyki transformacyjno – generatywnej Noama Chomsky’ego oraz odkryć grupy z Palo Alto (Bateson, Watzlawick i inni). Każdy wzorzec meta-modelu był praktycznie testowany i doskonalony w grupie seminaryjnej prowadzonej przez Bandlera i Grindera, która spotykała się regularnie w latach 1972 – 1976. Po opublikowaniu Struktury magii, pierwszej książki z dziedziny NLP, meta-model przeniknął do różnych szkół psychoterapii, poradnictwa, a niebawem do edukacji, biznesu (w tym coachingu) i innych dziedzin, których istotnym elementem jest komunikacja. Wzorce meta-modelu upowszechniły się tak bardzo, że dziś wielu, którzy się go uczą poza kontekstem NLP, nie wie nawet, jakie są korzenie tego, czego się uczą.

Zwykle meta-model kojarzy się z zestawem specjalnych pytań, które mają na celu dotarcie do kluczowych informacji, do sedna problemu. Rzeczywiście jest to bardzo istotna funkcja meta-modelu, która stanowi nieocenioną pomoc w terapii, poradnictwie, coachingu itd. A także w każdym innym kontekście, w którym ważna jest precyzja komunikacji. Jednak meta-model to coś wiele więcej, niż pytania. Jego nazwa wskazuje, że jest to model wyjaśniający, w jaki sposób ludzie konstruują i podtrzymują swoje modele świata, wyobrażenia na jego temat (także przy pomocy języka). Struktura tej mapy znajduje swoje odzwierciedlenie w strukturze ich języka i – zwrotnie – sposób formułowania zdań, stosowane pojęcia i metafory wpływają na sposób myślenia, własny i innych ludzi.

Z kolei tzw. „odwrócony meta-model” to język hipnozy. W odróżnieniu od meta-modelu jego celem nie jest precyzja komunikacji, lecz odwrotnie – posługiwanie się wysoce ogólnymi i wieloznacznymi sformułowaniami. W hipnoterapii jest to użyteczne narzędzie wprowadzania w trans pacjentów, dzięki czemu łatwiej jest aktywizować u nich nieświadome zasoby i proces zmiany. Mimo swej nieprecyzyjności „odwrócony meta-model” także posiada strukturę, która pozwala ukierunkować np. wspomnienia, skojarzenia i odczucia pacjenta w stronę pozytywnych zmian i rozwiązań. Równocześnie pozostawia pacjentowi znaczny stopień swobody w tym procesie, bez autorytarnego narzucania mu takich czy innych treści. Dlatego podawane przez hipnoterapeutę instrukcje i sugestie nazywa się „procesualnymi”. Mają one stymulować i kierować proces zmiany na właściwe tory, lecz to pacjent wypełnia go własnymi treściami oraz reguluje jego zakres, głębokość itd. - w sposób dostosowany do swoich potrzeb i indywidualności.

Grinder i Bandler opisali zestaw wzorców tego rodzaju języka, w oparciu o studia nad stylem pracy Miltona H. Ericksona, uchodzącego za mistrza tej metody. W latach 70. XX w. Erickson słynął z siły hipnotycznego wpływu, co czasem budziło nawet kontrowersje i obawy. Jeden z jego uczniów, Jay Haley wyjaśniał:

Erickson był naprawdę odpowiedzialny w stosowaniu swojej siły oddziaływania. W pewnym okresie ludzie zaczęli uważać tego rodzaju siłę za coś złego, ale punkt widzenia Ericksona był inny. (…) Myślę, że to szczęście, że przy jego gotowości do stosowania siły swego wpływu był człowiekiem dobrotliwym. Gdyby takie możliwości wywierania wpływu na innych, jakie on posiadał, zostały wykorzystane w celach destruktywnych, efekty mogłyby być w najwyższym stopniu szkodliwe. Erickson był jednak nie tylko życzliwie nastawiony do innych, lecz zawsze służył pomocą zarówno w swoim gabinecie, jak poza nim… Nigdy nie wątpiłem w jego wysoki poziom moralności i dobre intencje oraz nigdy nie musiałem się martwić o to, że mógłby wykorzystać kogokolwiek do swoich osobistych celów. (Rosen S., 1997. Mój głos podąży za tobą. Terapeutyczne przypowieści Miltona H. Ericksona. Poznań: Zysk i S-ka, s. 171).

Związek języka z funkcjami poznawczymi jest dziś oczywistością. NLP i inne dziedziny psychologii stosowanej z założenia czynią z tej współzależności użyteczne narzędzie, które zwiększa samodzielność, samokontrolę i samo-odpowiedzialność w myśleniu i działaniu. Tu nasuwa się pytanie, jaki rodzaj wpływu na innych, np. przez stosowanie meta-modelu, także w jego „odwróconej wersji” (tzw. modelu Miltona) jest etyczny? Odpowiedź wydaje się prosta: taki, który ma za zadanie wsparcie jednostek i grup w realizacji ich celów i wartości, z poszanowaniem celów i wartości innych (szerszego systemu). W NLP nazywa się to „ekologią” wpływu czy zmiany.

Tej samej wiedzy i metod można jednak używać bez respektowania owej „złotej zasady”. Jak więc ta sprawa wygląda w przypadku polityki i mediów? Otóż politycy i media posługują się językiem, którego celem nie jest ani precyzja, ani jednoznaczność komunikacji, ani budzenie zasobów ludzi czy poszerzanie ich świadomości, lecz kształtowanie myśli, emocji i decyzji odbiorców oraz ukierunkowywanie ich tam, gdzie życzą sobie  np. sprawujący władzę (lub się o nią ubiegający). Chodzi tu więc o osiągnięcie pewnego efektu politycznego, np. wygranej w wyborach, uspokojenie opinii publicznej, zapobieżenie protestom itd. Znajomość wzorców lingwistycznych, dzięki którym można to zrobić, jest nieoceniona.

Niestety, obawy Haleya już dawno się spełniły. Tajniki języka hipnozy właściwie nie są obecnie żadnymi „tajnikami”. Uczą się ich sprzedawcy, politycy, pracownicy mediów i wszelkiej maści specjaliści od reklamy i propagandy. Erickson oddziaływał zarówno poprzez precyzję obserwacji, mistrzowskie wykorzystanie języka, jak i personalną relację z pacjentami, studentami itd. W przekazie medialnym brak jest tego osobistego kontaktu z obywatelami. Za to siła komunikacji hipnotycznej jest wykorzystywana w skali masowej i ze zwielokrotnioną siłą poprzez towarzyszące obrazy, dźwięki, cyfrowe retusze, inscenizacje, wielokrotne powtarzanie tych samych treści, odwoływanie się do autorytetów (a nawet ich narzucanie) itp. Tak więc jesteśmy hipnotyzowani w sposób „produkcyjny”. I wcale nie w takich celach, jakim przyświecała praca Ericksona oraz jego kontynuatorów. I nie w oparciu o te same wartości oraz zasady etyczne.

Jedną z podstawowych cech języka polityki, jak i języka w ogóle są metafory. Nie chodzi przy tym o opowiadanie bajek, przypowieści, baśni itp., tylko o to, że nasz język bazuje na doświadczeniach zmysłowych, relacjach przestrzennych, ruchu i innych formach działania, na uniwersalnych doświadczeniach zmysłowych, które następnie przenosimy do sfery mentalnej. Tak więc opisując cokolwiek, komunikując się itd., nieświadomie odzwierciedlamy w naszym języku właśnie tego rodzaju doświadczenia, często w postaci zwięzłych porównań lub równoważników znaczeń. Weźmy dla przykładu wyrażenie „wspinać się po szczeblach kariery”, lub pokrewne - „wysoko zaszedłeś”, albo „osiągnąłeś szczyt”. To ostatnie występuje także w formie „na szczytach władzy”. Wszystkie te określenia, gdy są komunikowane lub przyjmowane, automatycznie wywołują szereg nieświadomych skojarzeń związanych ze wspinaczką, ruchem wzwyż, wysiłkiem i horyzontami, jakie widać ze szczytu. Kolejne skojarzenie, to to, że wielu innych jest niżej, a my jesteśmy „ponad”. Jak już wiemy, takie obrazy i skojarzenia, nawet jeśli nieświadome, wpływają nie tylko na treść myśli, zarówno nadawcy jak i odbiorcy, ale także na emocje i inne elementy stanu wewnętrznego (np. mikro-reakcje fizjologiczne, jak choćby minimalne ruchy mięśni, zmiany sposobu oddychania itp.). To m.in. dlatego przyjmowane przekazy „robią na nas wrażenie”, a nie są tylko „suchą treścią”.

Język polityki i mediów jest wręcz najeżony metaforami, które wzbudzają uczucia i nadają określone znaczenia sytuacjom. Oczywiście w sposób zamierzony. Pisałem już wcześniej, że media preferują agresywne formy językowe, bo to bardziej elektryzuje odbiorców i przyciąga ich do przekazu. Zwróćmy teraz uwagę bardziej konkretnie np. na metafory militarne stosowane przez dziennikarzy, a również i przez samych polityków. Oto przykłady: „wojna domowa”, „wojna polsko – polska”, „obecna kampania wyborcza przebiega spokojnie, ciekawe kto uderzy pierwszy”, „huraganowy atak X-a na Y-ka”, „podczas debaty dojdzie do starcia dwóch kandydatów”, „do ostatniej chwili trwa zaciekła walka o głosy wyborców”, „bitwa wygrana (lub przegrana), lecz wojna trwa nadal” itp. itd. Samo pojęcie „sztab wyborczy” także nawiązuje do armii. Czasem pojawiają się metafory myśliwskie, jak „dorzynanie watahy”, „patroszenie” kandydata, „wystawianie jego skóry na sprzedaż”, itd. Dziennikarze z dużym upodobaniem stosują także metafory sadystyczno – kulinarne, np. „rżnięcie tępym nożem” (Jacek Żakowski), albo jak w zdaniu „senatorowie USA grilują szefa BP” (gdy to czytam, to widzę dym, słyszę skwierczenie i czuję swąd, a żołądek mi się ściska – pewnie o to chodzi medialnym słowotwórcom; tak tworzy się nie tylko „rząd dusz”, ale wręcz kształtuje się sposób fizycznego przeżywania). Do najłagodniejszych metafor należą sportowe, np. „grać w jednej drużynie”, „po debacie 1 : 0 dla X-a”, „i znowu remis”, „w czołówce peletonu zostało już tylko dwóch kandydatów”, itp.

Najwięcej jednak używa się w kontekście polityki metafor militarnych i ew. łowieckich. Wszystkie one opierają się na przyjęciu (świadomie lub nie) i następnie upowszechnianiu podstawowego równoważnika znaczenia: spór polityczny = wojna. Następnie na nim jest budowany nie tylko tzw. „dyskurs polityczny”, ale też ogólne nastawienie, oceny i emocje w stosunku do oponenta, opozycji, jej sympatyków lub choćby osób czy instytucji, które nie okazują wrogości opozycji. Panuje przy tym zasada: „przyjaciel mojego wroga jest moim wrogiem” oraz „kto nie jest z nami, jest przeciwko nam”. Tak więc przyjęcie jednej krótkiej metafory, pociąga za sobą daleko idące konsekwencje, polegające na tym, że nie tylko powielane są określone nawyki językowe, ale dana metafora wrasta w mentalność polityków i społeczeństwa tak, że większość nie potrafi już myśleć inaczej.

George Lakoff i Mark Johnson reprezentujący językoznawstwo kognitywne, opisując ten mechanizm (1988. Metafory w naszym życiu. Warszawa: PIW), zwracają uwagę, że

[jeśli spór czy argumentacja jest pojmowana w kategoriach wojny, to] „istnieją pozycje, które należy zająć i ich bronić, i wówczas można wygrać lub przegrać, istnieje też przeciwnik, którego pozycje atakuje się i próbuje zniszczyć… W przypadku całkowitego sukcesu można przeciwnika zmieść z powierzchni ziemi.

Chodzi tu nie tylko o nasze pojmowanie tego, czym jest spór, ale też o to, że sposób, w jaki go prowadzimy, ma za podłoże naszą wiedzę i doświadczenie dotyczące walki fizycznej. (s. 88-89)

Następnie autorzy podkreślają, że wcale nie trzeba do tego mieć osobistego doświadczenia w walce fizycznej, ponieważ ta metafora i tak jest wbudowana w naszą kulturę. Jest niejako spuścizną przekazywaną przez przodków, którzy od zarania dziejów uczestniczyli w działaniach obronnych, zaczepnych itd. Przemoc fizyczna jest też obecnie jednym z dominujących elementów kina, telewizji, książek itp. To dodatkowo utrwala i wzmacnia w naszej mentalności omawiany rodzaj metafory. Takie powielane przez nas bezwiednie, metafory wpływają nadal na nasze doświadczenie i działanie, szczególnie gdy pojawiają się rozbieżności zdań.

Poczucie konfliktu wynika z odczucia sytuacji jako sytuacji wojennej, chociaż nie jest to prawdziwa walka, gdyż nadal utrzymywane są grzecznościowe konwencje rozmowy. Jednakże drugi uczestnik jawi się jako przeciwnik, atakujemy jego pozycję, staramy się bronić własnej i robimy co tylko można, by zmusić go do ustąpienia. Struktura rozmowy przyjmuje postać struktury wojny i zaczynamy stosownie do tego postępować. Nasze spostrzeżenia i działania częściowo zaczynają odpowiadać spostrzeżeniom i działaniom właściwym stronie uczestniczącej w wojnie. (Lakoff G. i Johnson M. … s. 105)

Wynika z tego wniosek, że wówczas, gdy kierujemy się metaforą wojny w odniesieniu do sporu, skupiając się na obronie własnej pozycji i ew. kontrataku, możemy nie dopuszczać do siebie ważnych informacji, propozycji czy argumentów drugiej strony. Jak już wspomniałem, logika formalna elegancko wygląda w podręcznikach, lecz w relacjach międzyludzkich często zajmuje daleką pozycję. Górę biorą emocje, nieświadome nastawienia, uprzedzenia i… generujące je metafory. Politycy patrzący na opozycję przez filtr metafory wojennej, pozostają w ciągłej mobilizacji do walki. W takiej sytuacji nawet pojednawcze wypowiedzi i gesty drugiej strony łatwo są odbierane jako podstęp, pułapka, potencjalne zagrożenie, co zmusza do jeszcze większej gotowości. Chamstwo, wulgaryzmy i „ciosy poniżej pasa” stosowane przez swoich „żołnierzy” pod adresem przeciwników może i są publicznie krytykowane przez „dowódców”, ale w istocie są one tolerowane, a nawet popierane, boć przecie cel służą nadrzędnemu celowi, jakim jest pokonanie wroga.

Efektem ubocznym jest to, że gdy polityczni wojownicy wymachują przeciwko sobie maczugami, to nie bardzo mogą rozglądać się w tym czasie na boki i zawracać sobie głowy innymi sprawami. Przez to znika im z pola widzenia i schodzi na dalszy plan dobro państwa, obywatele i ich potrzeby, co z definicji jest nadrzędnym zadaniem i obowiązkiem władzy. Przynajmniej w krajach demokratycznych. Tymczasem, jak to określa niemiecki dziennikarz:

Politycy interesują się przede wszystkim innymi politykami, konkurentami i sprzymierzeńcami, członkami partii i innymi wrogami [oraz] sojuszami… Taki polityk nie zna swojego narodu. Wcale nie chce go znać, co najwyżej jego skondensowaną formę zawartą w badaniach opinii publicznej. Na co dzień go nie dostrzega, ponieważ nic i nikt go do tego nie zobowiązuje, chyba że w czasie spotkań z wyborcami podczas kampanii wyborczej. W demokratycznym teatrze da się w końcu grać i przy pustej widowni. Tyle, że brakuje wzajemnej zależności, orzeźwienia, wymiany zdań, stąpania po ziemi, długofalowości i poczucia społecznej rzeczywistości. (Precht R. D., Kto szkodzi demokracji. Forum 5-11.07.2010 s. 11. Źródło oryginalne: Der Spiegel 28.06.2010)

Dlatego chciałoby się powiedzieć: panie i panowie politycy, z prawa, lewa czy ze środka, jeśli po wyborach wykonujecie swój taniec zwycięstwa i wznosicie okrzyk „wygraliśmy!”, to w tym momencie właśnie przegraliście. Upajacie się sami sobą, podczas gdy w istocie zostaliście powołani do służby. Zapominacie, że państwo i naród nie są dla was, tylko odwrotnie. Nie startujecie w wyborach, żeby wygrywać, lecz by uzyskać od obywateli przywilej szczególnego trudu dla dobra kraju i jego mieszkańców. To nie jest teleturniej ani konkurs piękności, tylko poświęcenie dla najwyższych wartości. Czy wygraliście, okaże się gdy spełnicie swoje obietnice oraz podołacie zadaniom i odpowiedzialności, które wzięliście na swoje barki. Spektakl, który przedstawiacie nie ma przy tym żadnego znaczenia., nawet jeśli uwodzi tłumy. Jeśli o tym zapomnicie, wasza „gloria” zgaśnie jak fajerwerki podczas fetowania „zwycięstwa”, a w historii zapiszecie się tylko jako skuteczni blagierzy, zareklamowani obywatelom przez speców od atrakcyjnych opakowań.

O ile w dyskusjach opartych na argumentacji atakowana jest pozycja oponenta, jego opinie itd., to gdy emocje biorą górę, albo brakuje rzeczowych argumentów a „walka toczy się o wysoką stawkę”, atakowane są także same osoby, nierzadko w sposób obraźliwy. A wtedy zaczyna to być „wojna na śmierć i życie”, ponieważ zostaje przeniesiona z poziomu krytyki zachowań i przekonań na poziom tożsamości. Kiedy zaatakowana jest czyjaś tożsamość, większość osób, niezależnie od stopnia wykształcenia, statusu społecznego itp. odruchowo odpłaca „pięknym za nadobne”. Aby uniknąć wtedy reakcji typu „klik – wrrrrr”, jak ją określa Robert Cialdini (chodzi o mechanizm: wyzwalacz – automatyczna reakcja), potrzebna jest sprawność w osiąganiu stanu dysocjacji i przyjmowaniu metapozycji oraz koncentrowaniu się na meritum sprawy. A stosunkowo niewielu to potrafi, zwłaszcza w obszarze polityki. Zatem na tym etapie kończy się jakakolwiek argumentacja, bo można polemizować z czyimiś poglądami, ale nie z tożsamością tej osoby, ponieważ ze swojej natury jest ona niedefiniowalna w kategoriach logicznego opisu. Zatem kończą się możliwości rzeczowej dyskusji, lecz pozostają zranione uczucia i jeszcze większa niechęć i wrogość. Żałosne to i smutne, zwłaszcza jeśli chodzi o przedstawicieli władzy, którzy nie potrafią władać samymi sobą, a biorą się do „władania państwem”. Których zadaniem jest podejmować decyzje merytoryczne, a nie na zasadzie „na złość mamie odmrożę sobie uszy” (np. odrzucanie korzystnych projektów dlatego, że ich autorami są oponenci). I którzy mają nas reprezentować w świecie, gdzie przecież spotykają zwykle wytrenowanych, „zaprawionych w boju” i nie przebierających w środkach przeciwników (nawet jeśli oficjalnie nazywa się ich, i oni sami siebie – przyjaciółmi, sprzymierzeńcami itp.). Bo przecież wg Lakoffa i Johnsona podczas argumentacji, negocjacji itd. i tak najczęściej uruchamia się u nich automatycznie metafora wojny czy walki.

Media wykorzystują ten mechanizm perfekcyjnie i rozniecają konflikty „zbrojne” w polityce w skali masowej.  Czynią to celowo, dla „podgrzania” atmosfery i przyciągnięcia odbiorców. Interes się kręci, ale w efekcie takiego procederu rynsztok polityczny wlewa się do naszych domów, do pracy i życia towarzyskiego. „Wojna”, jaką toczy ze sobą paru facetów „na górze” (ciekawe, czy parytety coś by zmieniły), których większość z nas osobiście nigdy nawet nie spotka, otoczonych swoimi „giermkami”, „harcownikami”, „kardynałami Richelieu”, „paniami dworu” etc. budzi także emocje u widzów. Jak podczas oglądania filmów. I podobnie jak w przypadku filmu, wcześniej czy później dany widz zaczyna odruchowo darzyć większą sympatią tę czy inną postać dramatu, a inna budzi u niego np. niechęć. Oprócz względów merytorycznych, światopoglądowych itp. wynika to m.in. z naszych minionych doświadczeń, relacji, traum, niezaspokojonych potrzeb rozwojowych, a także z archetypowych wzorców, które aktualnie zajmują w naszym nieświadomym życiu szczególną pozycję („dobry/zły ojciec”, „wojownik”, „mędrzec”, „kochanek”, „potwór” itd.). A także z preferowanych wartości, które wydają się podzielać ulubieni politycy. Mogą także wchodzić w rachubę reakcje przeniesieniowe, pozytywne i negatywne. A później możemy sobie racjonalizować nasze preferencje i decyzje jak chcemy. Najważniejsze już się stało – na poziomie nieświadomym. Dzieje się to tym łatwiej, że przeciętny obywatel nie ma ani czasu, ani możliwości uzyskania pełnych informacji o politykach, sytuacji politycznej i tzw. „mechanizmach władzy”. Więc polega na fantasmagoriach (jak to określiła jedna z dziennikarek), dostarczanych taśmowo przez fabryki „faktów medialnych” (a brakujące dane uzupełnia zgodnie ze swoim myśleniem życzeniowym). To jak w przypadku fast food, gdy coraz mniej osób ma czas na samodzielne gotowanie, czy choćby czekanie na realizację zamówienia w „porządnej” restauracji. Szybkie dania równie szybko zapychają żołądek, są do tego kolorowo opakowane, serwowane przez ładne dziewczyny i młodzieńców i w dodatku są „trendy”. A poza tym wszędzie są dostępne. Fast food medialny nie pozostawia odbiorcom wyboru. Większość „karmi się” tym, co podają, bo nie ma skąd dostać coś innego. Albo już się przyzwyczaiła do tego rodzaju „kuchni”. „Co dzisiaj państwo polecają?” – „Zestawy obiadowe są te same, ale dziś frytki w kształcie gwiazdek…” Znacząca różnica, mamy „wybór” i poczucie, że „coś się jednak zmienia”.

Niestety „wojny na górze” za pośrednictwem mediów rozszerzają się także na animozje wśród odbiorców, między sąsiadami, nawet w rodzinach. Często można odnieść wrażenie, że treści sączone z ekranu, radia czy prasy szczelnie wypełniają umysły, a niekiedy wręcz zastępują własne życie i sprawy. Witajcie w matrixie! A przecież możemy powiedzieć – „Jak nie potraficie inaczej, to bijcie się, ale sami. To nie nasza wojna (i nie nasza metafora), a nasze życie jest zbyt krótkie i cenne, byśmy dawali się wciągać w tę farsę. Czeka nas wiele fascynujących rzeczy w naszym własnym świecie. Przykro nam, ale nie będziemy w nieskończoność zwiększać waszej oglądalności poprzez siedzenie jak przyklejeni przed ekranem i nie będziemy chłonąć waszej hipnotycznej papki. Na wybory poszlibyśmy i tak (albo i nie) – w zgodzie ze sobą i niezależnie od waszej agitacji. Reszta życia należy do nas.” Kto wie, może kiedyś społeczeństwo będzie miało dość „wojen”, o jakich tu mowa, i weźmie sprawy w swoje ręce, gdy powszechna frustracja sięgnie zenitu. Historia zna wiele takich przypadków…

Metafory wojenne są używane nie tylko w polityce. Np. nie raz słyszałem wypowiedzi typu „małżeństwo to walka”, „biznes to bój o przetrwanie, w którym wszystkie chwyty są dozwolone” itp. Tym bardziej zachęcam do kolejnej gimnastyki umysłu: poszukania własnych, alternatywnych metafor w odniesieniu do sporu, oraz do sprawdzenia, jak się wtedy zmieniają nasze odczucia z tym związane. Oraz jak zmienia się nasz sposób patrzenia na oponenta, relację z nim itd. Mnie przyszły na myśl następujące: „spór = poszukiwanie wspólnego rytmu w tańcu”, „spór = gra w karty”, „argumentowanie = wymiana prezentów”, „dyskusja = wspólne malowanie obrazu”. Wyobraźnia nie zna granic, a my jesteśmy w tym szczęśliwym położeniu, że sami możemy wybierać nasze metafory. Ten wybór przesądza też o jakości naszego funkcjonowania.

Benedykt Krzysztof Peczko

C.d.n.

Poprzednie części:

POLITYKA, MEDIA I „RZECZYWISTOŚĆ” cz. 1;

POLITYKA, MEDIA I „RZECZYWISTOŚĆ” cz. 2;

Onlinerel Facebook Twitter Myspace Friendfeed Technorati del.icio.us Digg Google Yahoo Buzz StumbleUpon

Ile wymagać od życia…?

12 lipca, 2010 przez Przemek Turkowski

Dziś chciałbym podzielić się krótko swoją refleksją na temat funkcjonowania przekonań na poziomie wspólnoty, społeczeństwa, narodu, populacji… Skłoniła mnie do niej lektura książki “Mój Żyrardów” Pawła Hulki-Laskowskiego. Jest to, jak sam tytuł wskazuje, próba  opisu wzrostu i upadku tego skądinąd bardzo interesującego miasta, które wyrosło ze śmiałej wizji polskich ziemian (Łubieńscy), francuskiego wynalazcy (Filipa de Girarda, który też swego nazwiska użyczył miastu) i dwóch przemysłowców z Kolonii - Karola Hiellego i Karola Dittricha. Jest to także subiektywny wizerunek stosunków społecznych. Chłopi przywiązani do ziemi, robotnicy szczycący się fachowymi nazwami swoich stanowisk (o ile szpularka brzmi dla nas dziś zrozumiale i swojsko, co można powiedzieć o gremplach, repasjerach, szpinmajstrach, webrach), panowie fabrykanci i właściciele ziemscy, podupadła szlachta, Żydzi, Niemcy, Polacy, Rosjanie.

Hulka-Laskowski co jakiś czas pokazuje w swej książce przekonania funkcjonujące w ówczesnym świecie na poziomie społecznym. Np. chłop:

“Zazdrościł fabrycznym ludziom jak wszyscy wieśniacy, ale cóż miał robić? Sprzedać grunt? Za nic w świecie! Kto nie ma gruntu, może sobie pozwolić, ale kto ma grunt, musi siedzieć na wsi i biedować. Wola boska.”

Przekonanie o swoim losie nad wyraz czytelne.

Ale oczywiście i “piętro wyżej” czyli na poziomie robotniczej braci istniały takowe przekonania. W ówczesnym Żyrardowie była zarówno diaspora żydowska, byli prawosławni, katolicy i ewangelicy. Do tych ostatnich zaliczał się Paweł Hulka-Laskowski. W jednym z fragmentów książki opisuje on, jak ludność robotnicza, szczególnie wychowana w regułach moralnych ewangelickich czy katolickich, radziła sobie z wytłumaczeniem faktu, że “panowie” prowadzą życie uznawane za niemoralne, a jednak za pan brat są z “plebanem”.  Prosta sprawa: wystarczy, żeby funkcjonowało powiedzenie:

“Co Pan to Pan, to nie grzeszny człowiek.”

No i spójność zachowana. Mamy przekonanie, że co “wolno wojewodzie…” itp.

Tamten świat, wielokulturowy, ciekawy, a zarazem niesprawiedliwy i okrutny, świat, w którym kobiety rodziły dzieci niemalże przy warsztacie tkackim i było to normą, został naruszony przez Pierwszą a potem doszczętnie wymieciony przez Drugą Wojnę Światową.  A ciekawe ile przekonań w tej lub innej postaci przetrwało?

No właśnie. Gdy słyszę hasło: “Od życia nie można chcieć za wiele”, to sobie myślę, że nie, dlaczego, właśnie trzeba chcieć wiele. No i pewnie, teraz w XXI w. może i tak. Ale gdy zważę, że mówi to osoba, która za pół roku obchodzić będzie setne urodziny, przeżyła dwie wojny (ile razy front przechodził przez gospodarstwo jej rodziców trudno zliczyć), okupację, komunizm… No właśnie, to wtedy staje się dla mnie jasne, że ta miara ma swój sens. Gdy wydarzenia nas przerastają swoim ogromem, warto pewnie chcieć tyle, ile się kryje w “nie za wiele”, żeby czuć się spójnym i spełnionym.

Zachęcam do odrobiny zadumy w ten upalny wakacyjny czas nad przekonaniami, które funkcjonują w Waszych rodzinach, społecznościach, miejscach pracy. Jakie jest ich historyczne tło? Czy nadal są wspierające? A jaką funkcję mogły pełnić onegdaj? Więcej rozumieć, móc szanować, oto zyski z przyglądania się takim przekonaniom w perspektywie historycznej. W końcu dobra komunikacja to wejście w mapę drugiego człowieka, czasem ta mapa ukształtowała się na podstawie wydarzeń, które dla nas są już tylko zakurzoną kartą historii, a dla innych bliskim i wciąż żywym doświadczeniem…

Onlinerel Facebook Twitter Myspace Friendfeed Technorati del.icio.us Digg Google Yahoo Buzz StumbleUpon

Dobrze sformułowany biznesplan to ….

05 lipca, 2010 przez Łukasz

… taki, który jest potem realizowany. Uczestnicy wakacyjnego kursu Praktyk NLP już poznali zasady dobrego formułowania celów (D.S.C.). Jest dużo analogii między zasadą dobrze określonego celu wg NLP a ogólną zasadą pisania biznesplanu. Wymieńmy kilka podstawowych podobieństw:

  • określenie pozytywnie celu, czyli jaki konkretnie chcemy osiągnąć wynik i rezultat naszych działań;
  • gdzie, kiedy, w jaki sposób?; czyli sprecyzowanie czasu, miejsca, środków potrzebnych do realizacji celu;
  • koszty realizacji oraz potencjalny wpływ na nasze życie; w przypadku biznesplanu istotą jest zwrócenie uwagi na koszty jakie towarzyszą wytwarzaniu przychodu; w przypadku realizacji swojego celu takim kosztem mogą być nie tylko pieniądze, ale np. czas jaki poświęcamy na jego realizację (czas który moglibyśmy spędzić np. z rodziną);

Każdy cel, który jest precyzyjnie określony potrzebuje tzw. wdrożenia w życie. Bardzo ciekawe badania przeprowadzili naukowcy z Bettany Centre for Entrepreneurial Performance & Economics at Cranfield School of Management and the Centre for SMEs at Warwick Business School. Otóż  przebadali oni grupę 400 nowych firm (tzw. start-up’ów) w czasie ich działania przez 3 lata. Połowa z nich miała biznesplan a połowa nie. Badane firmy, posiadające i działające zgodnie z biznesplanem odnotowały szybszy wzrost oraz zwiększały znacząco zatrudnienie (o około 1/3). Tak, więc firmy odnoszące sukcesy były firmami działającymi zgodnie z dobrze sformułowanym celem biznesowym. Kolejnym ważnym wnioskiem jest stwierdzenie, że sam fakt napisania biznesplanu nie jest kluczowym elementem sukcesu. Można by powiedzieć, że jest niezbędnym czynnikiem. Podobnie jak w codziennym działaniu - planowanie i wiedza o kierunku działań nie zastąpi samego działania. Autorzy stwierdzają, że biznesplan i działanie zgodnie z nim może oznaczać być, albo nie być firmą odnoszącą sukces lub porażkę.

Powyższe badanie potwierdza jak bardzo istotnym elementem wprowadzania zmiany jest precyzyjne określenie celów do jakich dążymy, środków jakie będziemy potrzebowali, kosztów jakie poniesiemy. Do tej listy należy jeszcze dopisać systematyczne działanie zgodnie z naszym planem podczas wdrażania go w życie. Ten ostatni element jest często niedoceniany lub wręcz niedostrzegany. Warto o nim pamiętać tworząc swoje plany i udzielić odpowiedzi na pytanie: “Jak konkretnie każdego dnia będę realizował/a działania prowadzące mnie do mojego celu?”.

Rozpoczynając niniejszym wpisem okres ‘wakacyjny’ życzę czytelnikom realizacji wszystkich zaplanowanych działań z maksymalną efektywnością. Również w realizacji wypoczynku. :)

Źródło

Onlinerel Facebook Twitter Myspace Friendfeed Technorati del.icio.us Digg Google Yahoo Buzz StumbleUpon

POLITYKA, MEDIA I „RZECZYWISTOŚĆ” cz. 2

27 czerwca, 2010 przez Benedykt Peczko

Public Relations i gra na emocjach


Nie handlujemy obrazami, lecz rzeczywistością
– Edward L. Bernays, „ojciec” nowoczesnego PR i reklamy

Kilka dni przed I turą ostatnich wyborów prezydenckich, podczas wizyty w salonie prasowym usłyszałem taką oto wypowiedź sprzedawczyni do klientki, najwyraźniej znajomej osoby: „Belgijski komentator stwierdził, że u nich kampanie wyborcze są pełne akcji i atrakcji, coś się dzieje, a ta nasza debata niedzielna z udziałem głównych kandydatów była zbyt grzeczna, nudna, nijaka i mdła. Nic się nie działo. To ma być kampania?” Ton, jakim sprzedawczyni to mówiła mógł wskazywać, że zasadniczo zgadza się z tą opinią, a jej znajoma klientka odruchowo potakiwała. Zwykle nie angażuję się w tego typu rozmowy, ale tym razem stało się inaczej. Zareagowałem spontanicznie, a moja wypowiedź jakoś popłynęła sama. Wyjaśniłem więc paniom, że z racji zawodu (psycholog itd.) od ćwierć wieku zajmuję się tematyką komunikacji międzyludzkiej i wywierania wpływu. Oraz że wiem, także od samych dziennikarzy, że gdy „nic się nie dzieje”, „krew się nie leje” (oraz pot i sperma, jak by chciał jeden z czołowych krajowych harcowników politycznych), to jest to jeden z największych koszmarów dla mediów. A to dlatego, że obecnie „dziennikarstwo agresywne” sprzedaje się najlepiej. I jak tu dużo sprzedawać, przyciągać uwagę, zwiększać oglądalność i poczytność (nie mylić z poczytalnością), gdy jest… spokojnie, może trochę bardziej merytorycznie, a okrwawione topory wojenne zostają w większości zakopane, choćby nawet i płytko? I jak w tych staraniach o klientów (odbiorców) i rząd ich dusz prześcignąć konkurencję? Dramat!
Kiedy to mówiłem, panie patrzyły na mnie szeroko otwartymi oczyma, jakby w lekkim transie (widać moja reakcja je zaskoczyła) i mimowolnie potakiwały. Więc wyraziłem jeszcze swoją opinię, że to fatalna sytuacja, gdy dziennikarze i media starają się tak bardzo dolewać benzyny do ognia konfliktów politycznych, często wchodząc w pozycję strony, i w istocie przestając pełnić swoją rolę informacyjną. Oraz tracąc umiejętność zachowania odpowiedniego dystansu i bezstronności. Wygląda bowiem na to, że dziennikarze sami stali się tak uzależnieni od adrenaliny i pobudzania jej u odbiorców, że już nie potrafią rzeczowo, rzetelnie i atrakcyjnie prezentować zdarzeń i sytuacji, niezależnie od ich klimatu emocjonalnego, dynamizmu itp. Co więcej, język i styl prasy tzw. „opiniotwórczej” (ale także różnych telewizyjnych talk show) znacznie zbliżył się do „sensacyjności” i wulgaryzmów w tabloidach. A to wszystko niestety przesądza o jakości programów i artykułów, i z kolei wywiera potężny wpływ na obywateli. Także na poziom kultury (a często jej braku).
Cieszę się, że to powiedziałem i że w widoczny sposób te spostrzeżenia dały do myślenia obu paniom. Rozstaliśmy się z uśmiechami na ustach. To krótkie wydarzenie zainspirowało mnie jednak do dalszych refleksji i wzmożonych obserwacji, którymi chciałbym podzielić się w tym tekście i następnych.

Jako pierwsze rzuca się w oczy, jak ważnym elementem oddziaływań medialnych jest pobudzanie określonych emocji u odbiorców. W NLP traktujemy emocje jako informacje zwrotne, które organizm przekazuje nam w odniesieniu do stanu wewnętrznego, w jakim się znajdujemy (także stanu zdrowia), do poziomu zaspokojenia naszych potrzeb, realizacji naszych wartości itd. Wiemy również, że emocje są ważnym składnikiem motywacji (zarówno gdy do czegoś dążymy, jak i kiedy czegoś unikamy). Emocje odgrywają istotną rolę w procesach opisywanych przez model T.O.T.E. (Test → Operation → Test → Exit), a więc we wszelkiego rodzaju tzw. „strategiach neurologicznych”. Kiedy test wykazuje, że stan obecny jest różny od pożądanego, zwykle towarzyszy temu poczucie dyskomfortu. Może to być rozdrażnienie, niepokój, przygnębienie, albo inne uczucie. I to one pobudzają do działań (operacji) mających na celu np. zaspokojenie potrzeby. W efekcie  wspomniany dyskomfort zostaje wyeliminowany, a na jego miejsce pojawia się   poczucie dobrostanu.
Z tego punktu widzenia strategie nie odnoszą się wyłącznie do procesów poznawczych. Ludzie na co dzień raczej nie podejmują decyzji i działań tylko w oparciu o formalne reguły wnioskowania logicznego (można wręcz odnieść wrażenie, że raczej rzadko to robią), opisane np. w książkach prof. Ajdukiewicza i innych. Nawet najbardziej poprawnie sformułowany cel nie zmotywuje do podjęcia kroków, aby go zrealizować, jeśli będzie neutralny emocjonalnie. To, co napędza ludzi do działania, to właśnie emocje towarzyszące dążeniom, planom czy wizji przyszłości. A także sprzężone z emocjami odczucia cielesne, typu „rozpiera mi pierś”, „nogi same mnie niosą”, „aż mnie ciarki przechodzą” itp.

Media oraz specjaliści od politycznego PR doskonale zdają sobie z tego sprawę. Znają siłę emocji i posługują się wszelkimi dostępnymi sposobami, aby je rozbudzać u odbiorców i ukierunkowywać zgodnie z interesem osób czy ugrupowań, które wspierają. Często zresztą są przy tym stroną zaangażowaną ideologicznie, jak w przypadku wspomnianego w poprzedniej części imperium medialnego Ruperta Murdocha. A wtedy robią to nie tylko dla pieniędzy, lecz także dla upowszechniania określonego światopoglądu, umacniania swojej pozycji poprzez związki z wpływowymi lobby, utrzymania swojego wizerunku jako poprawnych politycznie, uniknięcia ataków ze strony tzw. „mainstreamu” itd.
Stwierdzenie, że współczesny PR jako odrębna gałąź biznesu wykorzystuje najnowszą wiedzę psychologiczną (a także inne nauki) opiera się na udokumentowanych podstawach. Okazuje się przy tym, że owa branża jest niewiele młodsza od nowożytnej psychologii. Za moment przełomowy w rozwoju nowoczesnej reklamy i PR uważa się pierwsze dekady XX w., kiedy w USA rozwijał swoją działalność Edward Louis Bernays, siostrzeniec Freuda. Bernays, choć z wykształcenia agronom, zajął się zawodowo dziennikarstwem i reklamą. Wykorzystywał przy tym nie tylko teorię „wujka Siggi”, jak określał Freuda, ale także psychologię Gustave’a Le Bona i Wilfreda Trottera. Le Bon jest znany także w Polsce z książki Psychologia tłumu, a Trotter napisał Instincts of the Herd in Peace and War (Instynkt stadny na wojnie i w czasach pokoju).
Karierę na tym polu Bernays rozpoczął w propagandzie wojskowej, po przystąpieniu USA do I wojny światowej. Następnie był organizatorem kampanii wizerunkowych znanych polityków i biznesmenów. Do jego klientów należał nawet prezydent USA Calvin Coolidge, który miał wyjątkowo niskie notowania u obywateli. W 1924 r. zwrócił się do Bernaysa o pomoc w zmianie swojego wizerunku. Bernays potraktował go jak każdy inny produkt. Namówił 34 gwiazdy hollywoodzkie, by odwiedziły prezydenta w Białym Domu i po przedstawieniu mu każdej z nich odbyło się skromne przyjęcie. Prasa zapełniła się informacjami na ten temat, a prezydent zaczął być spostrzegany jako postać znacznie bardziej barwna, towarzyska i otwarta. Z punktu widzenia NLP mechanizm tego działania był prosty: Bernays „spiętrzył” pozytywne zakotwiczenia funkcjonujące u obywateli – w tym przypadku pozytywne skojarzenia z wieloma znanymi aktorami – z postacią prezydenta (negatywne zakotwiczenie). Tym samym dokonał połączenia kotwic (collapsing anchors), które zmieniło nie tylko percepcję prezydenckiego wizerunku, ale także związane z nim emocje. Był w tym także obecny element zmiany ram odniesienia (reframing) – „prezydent wśród gwiazd filmowych”, a nie odizolowany od społeczeństwa w swojej rządowej „twierdzy”. Generalnie środowisko najwyższej władzy kraju nabrało w oczach wyborców innego charakteru (sławy ekranu w Białym Domu). Rzecz jasna to nie spowodowało żadnych istotnych zmian w polityce rządu, ani tym bardziej w osobowości Coolidge’a. Ale założony efekt został osiągnięty (Dirk Schäfer Sztuka wmawiania, Forum 17-23.08.2009, s. 38-40; tekst oryginalny: Süddeutsche Zeitung, 2009).
Od tamtej pory PR stał się wielomiliardowym biznesem i obecnie stanowi nieodłączny element wyborów (i polityki w ogóle), wojen, działalności koncernów, sportu, a nawet nauki, ochrony zdrowia, środowiska czy religii. Według danych szacunkowych zebranych przez niemieckich naukowców zajmujących się mediami, co najmniej 40 proc. informacji dostępnych w gazetach tego kraju ma swe źródła w agencjach PR i centralach marketingowych obsługujących przedsiębiorstwa, urzędy i inne organizacje. Często są one prezentowane jako wyniki badań, studiów, ekspertyz itp., i nie są identyfikowane jako PR, tylko jako „obiektywne dane”. W ten sposób jest realizowana najważniejsza zasada tej branży:

Najlepszy PR to taki, który nie jest rozpoznawany jako PR”.

W 2006 r. w Niemczech na 30 tys. dziennikarzy politycznych przypadało już ok. 15 – 18 tys. specjalistów od PR, w USA natomiast – co nie dziwi – było ich wtedy już więcej, niż dziennikarzy (Nils Klawitter, Psy propagandy zawsze do usług, Forum 7-20.08.2006, s. 32-37; tekst oryginalny: Der Spiegel 31.07.2006). Niestety brak analogicznych oszacowań dotyczących np. prasy polskiej, nie mówiąc już o innych jej mediach.

Trzeba jednak odróżnić PR, który służy np. unikaniu niezręczności w kontaktach z mediami, należytemu uwypukleniu mocnych stron (produktu, projektu, programu politycznego, osoby itp.), zwiększeniu spójności wizerunku osoby czy organizacji, uprzystępnieniu rzetelnych informacji itd. od PR-u, który dąży do forsowania złudnego wizerunku za wszelką cenę i manipuluje uczuciami obywateli. Lub który służy dyskredytowaniu np. konkurencji lub rywala politycznego, niezależnie od faktycznej wartości ich oferty czy programu politycznego („czarny PR”). Ten pierwszy można by określić przymiotnikiem “etyczny”, podczas gdy drugi kieruje się zgoła innymi zasadami. Dadzą się one streścić w wypowiedzi Jamesa Harffa, dyrektora agencji Ruder Finn:

Naszym zadaniem nie jest sprawdzanie, czy informacje są prawdziwe, tylko szybkie dostarczanie ich wyborcom”. Oraz: „Nikt nam nie płaci, abyśmy przestrzegali zasad moralnych” (Historia o dobrych i złych facetach, fragmenty wywiadu, jakiego Ruder Finn udzielił w 1993 r. II programowi telewizji francuskiej, Forum 7-20.08.2009, s. 37).

I nic dziwnego, bo celem tak rozumianego PR jest głównie wywoływanie pozytywnych uczuć w stosunku do własnej lub preferowanej oferty, osoby czy partii oraz negatywnych w stosunku do konkurencji lub oponentów. Często można mieć wrażenie, że wybory wygrywają właśnie firmy PR (tzw. “spin doktorzy”), a nie realni politycy. Jeśli już, to ich dalece przetworzone wizerunki. Natomiast programy polityczne i wartości, którym mają służyć… no cóż, w powodzi medialnego zgiełku zdają się one schodzić na plan dalszy i stanowić co najwyżej „przystawkę” do spektaklu, w który obywatele są „profesjonalnie” wciągani. To samo dotyczy kampanii promocyjnych w biznesie. W efekcie nie widzimy produktów czy kandydatów takimi, jakimi są, lecz takimi, jak mamy ich widzieć – zgodnie z interesami sprzedawców czy polityków.

Nawet wiedza psychologiczna, wytrenowane umiejętności komunikacyjne i rozwinięta samoświadomość nie są w stanie całkowicie nas chronić przed tego rodzaju wpływem. Możemy tego spektakularnie doświadczyć podczas oglądania poruszających filmów. Wiemy, że to tylko film, ale nasz organizm mimowolnie reaguje zmianami fizjologicznymi i jeszcze długo potem możemy być “pod wrażeniem emocji”. A reklama i PR wyjątkowo pieczołowicie dbają o wykorzystanie tego efektu i stosują w tym celu najbardziej zaawansowane technologie. Przy okazji, czy zauważyliście, że w momencie, gdy w telewizji zaczynają być pokazywane reklamy, to natężenie i wyrazistość dźwięku znacząco się zwiększa? Za każdym razem tak się dzieje i ja sam oraz większość znajomych ścisza wtedy odbiornik, bo jest za głośno (prawdę mówiąc najczęściej wyłączam wtedy dźwięk). Jest głośniej, niż w przypadku najnowszych filmów amerykańskich. Dlaczego? Wygląda na to, że do produkcji reklam, spotów wyborczych itp. użyta jest nowsza technologia i  lepszy sprzęt, niż do produkcji kopii filmów fabularnych. Tymczasem fonia w najnowszych polskich filmach nie różni się szczególnie od filmów z czasów PRL. Jak widać, „produkt nasz pan”, a kultura zwykle jest niedofinansowana. Dodatkowym skutkiem tak dużej głośności jest częste rozdrażnienie u widzów, a więc pobudzenie emocjonalne (czysto mechaniczne), które niezależnie od tego czy jest pozytywne czy negatywne bardziej przykuwa uwagę do reklamy. Gdy z kolei np. w kinie nie mamy możliwości zmniejszenia natężenia dźwięku, ludzie łatwiej wchodzą w swego rodzaju trans spowodowany szokiem akustycznym. To także jest znany efekt hipnotyczny. Gdy przed paru laty moja żona poprosiła operatora w kinie o to, żeby „ściszył”, odpowiedział, że chętnie by to zrobił, ale niestety wymogi producentów i dystrybutorów filmów określają minimalny poziom decybeli. Więc kina nie mogą „samowolnie” zmieniać tego ustalenia. Potrzeby widowni ani ich higiena psychiczna nie mają przy tym większego znaczenia. Można co najwyżej wyjść z kina. Ciekawostka! (Idąc teraz do kina na wszelki wypadek zabieramy ze sobą stopery do uszu.)

Jeden z ekspertów w omawianej tu dziedzinie, Richard Edelman, stwierdził, że

PR ma spore szanse stać się w nadchodzących latach liderem technik komunikacji, wyprzedzając reklamę, której proste slogany mające nakręcić sprzedaż zużywają się znacznie szybciej, niż strategiczna konspiracja speców od PR: przemycanie materiałów do mediów, inscenizacja wydarzeń, tworzenie pozytywnej sprawozdawczości ( Nils Klawitter…, s. 33, podkreślenia moje).

Niestety, wobec tak rozbudowanych form kreowania „rzeczywistości”, połączonych z nowoczesnymi i masowymi środkami przekazu, większość obywateli jest właściwie bezbronna. Oraz nie ma pojęcia o tym, że niekiedy mapa świata, którą uważają za swoją, której gotowi są nieraz tak zaciekle bronić, i zgodnie z którą podejmują decyzje i działania, została dla nich starannie przygotowana i niejako dostarczona na tacy przez specjalistów od wywierania wpływu. Została im zaszczepiona w naukowy sposób. Oczywiście zgodny z naczelną regułą PR, który pozwala ludziom wierzyć, że to oni sami dochodzą do określonych wniosków i wyborów. W dodatku obywatele sowicie za to płacą, bo np. w Polsce kampanie wyborcze są finansowane z pieniędzy podatników. A koszty reklamy produktów i usług są przecież wliczone w ich cenę. Tak więc płacimy z własnej kieszeni za te sfabrykowane wersje „rzeczywistości”i manipulacje, które później zewsząd są nam wtłaczane, sterując naszymi myślami i emocjami. Bo „spece od PR to menedżerowie odczuć”, jak często sami siebie określają (Nils Klawitter…, s. 34). Zakulisowi menedżerowie, chciałoby się dodać.

W następnej części skupię się właśnie na ostatniej poruszonej tu kwestii, czyli jak dokładnie dokonuje się to „zarządzanie emocjami” i myślami u odbiorców. NLP i w ogóle współczesna psychologia dostarcza wielu narzędzi, które pozwalają dokonać takiej analizy. Choć w pełni nas to nie ochroni, to jednak większa świadomość w tym zakresie z pewnością się przyda, bo z każdą chwilą, w miarę rozwoju wiedzy o człowieku oraz nowych technologii, świat w którym żyjemy staje się coraz bardziej sztucznym tworem - wypadkową oddziaływań na nas różnych grup interesu. Dzisiaj “fabryka snów” to nie tylko Hollywood, któremu zwyczajowo przypisywano to określenie, ale także wszechobecny alians PR, marketingu, reklamy, mediów i korzystających z ich usług podmiotów.  Konsument i wyborca słodko śniący według dostarczonego mu scenariusza to z kolei “złoty sen” sprzedawców i decydentów. Ale czy my tego dla siebie chcemy?

Benedykt Krzysztof Peczko

Pozostałe części cyklu:

POLITYKA, MEDIA I „RZECZYWISTOŚĆ” cz. 1;

POLITYKA, MEDIA I „RZECZYWISTOŚĆ” cz. 3;

Onlinerel Facebook Twitter Myspace Friendfeed Technorati del.icio.us Digg Google Yahoo Buzz StumbleUpon